Zieleń w kuchni

Dziś pogramy w zielone. Przejdźcie się do swojej kuchni, jeśli jeszcze w niej nie siedzicie (ja owszem, siedzę w kuchni, bo mam tu także swoje stanowisko pracy) i przyznajcie sami przed sobą czy można w niej znaleźć coś zielonego. Jeśli tak, to gratulacje, przechodzicie do następnej rundy. Jeśli nie, to tym bardziej przechodzicie, bo czas, abyście przekonali się o tym jak ważne są zielone warzywa oraz świeże zioła w kuchni.

Zielenina, zielsko, zielone – przeciętnemu człowiekowi dieta wegetariańska i wegańska kojarzy się głównie z tym. Taki jest stereotyp – że weganie jedzą trawę. Dla przeciętnego „zjadacza chleba” (zauważcie, wszędzie ten gluten!) jedyne istniejące zielone to szpinak, natka pietruszki, koperek, szczypiorek i groszek. Większość pamięta nitkowaty szpinak z przedszkola, powodujący odruch wymiotny czyli koszmar prześladujący wielu z nas aż do teraz. A ilu spośród Was ma taką babcię, która pytała, czy posypać zupę natką/koperkiem, czy nie? Jeśli chodzi o szczypiorek, por i inne cebulowate, to będę ten temat omijała, gdyż mam na nie silną nietolerancję pokarmową. Zdrowe są, ale mogą mnie na kilka dni skutecznie unieszkodliwić. Groszek znany jest nam głównie z marchewki z groszkiem, także z przedszkola. A tymczasem okazuje się, że zielonego do wyboru mamy mnóstwo. Odkąd jestem na nowej diecie, prawie codziennie odkrywam nowe smaki. Udaje mi się także przekonać do smaków, co do których kiedyś się zniechęciłam. Odkrywam nowe twarze starych potraw. No, to zaczynamy!

Prawda absolutna na temat zielonych warzyw oraz ziół jest taka, że są bezgranicznie zdrowe. Ostatnio trafiłam na ranking najzdrowszych produktów spożywczych świata i większość produktów w nim zawartych jest koloru zielonego.

ziółka

Zacznijmy od ziół i ich zastosowania w kuchni. Bez przypraw nie byłoby różnorodności smaków. Bez przypraw nie byłoby również wszystkich cudownych, kuchennych zapachów. Dawno temu, gdy jeszcze studiowałam, moje pudełeczko na przyprawy składało się z Vegety, soli, pieprzu i przyprawy do kurczaka. Teraz mam całą szafkę z przyprawami, a często także pół kuchennego blatu tonie w zieleni. Teraz na przykład mam w domu świeżą miętę, kolendrę i natkę pietruszki.

Oczywiście, warto stosować jak najczęściej świeże zioła, bo ładnie pachną i mają w pełni zachowane swoje cudowne wartości odżywcze. Są jednak takie okresy w roku, gdy dostęp do świeżych ziół jest utrudniony. Wtedy należy zwracać uwagę na dodawane do przypraw substancje uzupełniające. Są takie kulinarne demony, przed którymi trzeba uciekać, a jednym z nich jest osławiony glutaminian monosodowy (glutaminian sodu). Mimo iż nie wykazano jakiejś ogromnej szkodliwości glutaminianu sodu dla człowieka, to spożywanie go w nadmiernej ilości może wywoływać bardzo nieprzyjemne objawy, takie jak przyspieszone bicie serca, zawroty głowy, uderzenia gorąca. Jeśli objawy te pojawiają się po spożyciu nawet niewielkiej ilości potrawy z glutaminianem, może to oznaczać indywidualną nadwrażliwość na glutaminian. Substancja ta jest dodawana do potraw w celu wzmocnienia smaku i aromatu. Wykorzystuje się ją często w kuchni azjatyckiej. A zatem najlepiej jak mieszanka przypraw zawiera same ziółka i już.

Moim najulubieńszym na świecie ziołem jest rozmaryn. Uwielbiam jego zapach. Rozmaryn wykorzystuję przede wszystkim do potraw mięsnych oraz do pieczonych warzyw. Obok oliwy z oliwek, octu balsamicznego i soli jest głównym składnikiem mojej najbardziej podstawowej marynaty do pieczonych mięs. Można w niej marynować dowolne mięso – ja stosuję ją do schabu, kurczaka, indyka.  Potem piekę takie mięso w 180 stopniach przez godzinę, w tej samej marynacie, koniecznie w ceramicznym naczyniu żaroodpornym. W zależności od nastroju dodaję do marynaty coś słodkiego, np. syrop z agawy, suszone owoce.
Kolejnym zielonym hitem z mojej kuchni jest sos pesto, które można zrobić  z bazylii. Jest to wówczas pesto najbardziej tradycyjne. Jednak odmian tego cudownego sosu jest coraz więcej. Zanim podzielę się z Wami przepisami, chciałabym się pochylić nieco nad dwoma podstawowymi elementami kuchennego wyposażenia, bez których nie mogę się obejść. Pierwszym z nich jest dobry blender. blenderDoceniłam ten sprzęt, kiedy zostałam mamą po raz pierwszy. Mój starszak na początku rozszerzania diety był karmiony „słoiczkami”, ale z czasem rozbuchał się mój zmysł kulinarny i zaczęłam eksperymentować. Synek był pierwszym odbiorcą moich kulinarnych testów, ale na szczęście żadna krzywda mu się nie stała. A blender chodził i chodzi u nas przynajmniej raz dziennie. Koktajle, budynie, zupy-kremy, desery – tego nie byłoby u nas bez mojego ukochanego, zajechanego już do granic możliwości blendera Braun. Jego silnik już zaczyna rzęzić, ale wierny sługa nadal ciężko dla mnie pracuje. Rozważam znalezienie zastępcy na jego miejsce, ale póki co nie mogę się z tym wspaniałym starociem rozstać. Chyba czekam aż ktoś mi sprezentuje coś nowego.

Druga niezbędna rzecz to moździerz. Pamiętam z dzieciństwa jak w mieszkaniu po moich dziadkach, na półce obok starej maszyny do pisania, młynka do kawy i drewnianego osiołka – papierośnicy, stał cały zestaw pięknych, ciężkich moździerzy. Pamiętam też, że prosiłam często tatę, aby zdjął moździerze z półki i pozwolił mi się nimi bawić. Nigdy nie zapomnę ich zapachu, ciężaru i chłodnego dotyku. Nie wiem, gdzie obecnie znajdują się te cuda. Gdybym wtedy wiedziała, że takie moździerze są obecnie na wagę złota… Ach, ale sentymenty i żale odłóżmy na bok! Mam w swojej kuchni dwa moździerze, których używam na zmianę i trudno stwierdzić, który bardziej lubię. Jeden z nich dostałam w prezencie.  Jest cały ceramiczny, zarówno miska, jak i tłuczek. Drugi z nich kupiłam na pobliskim bazarku, miska jest ceramiczna z bambusową podstawką, a tłuczek – drewniany. Jeśli robię sosy, to najczęściej używam do tego moździerza.  Oczywiście, wiszę wtedy nisko nad blatem, wąchając cudowne aromaty powstające wskutek zgniatania składników.

moździerze

Moje ulubione przepisy na pesto:

Pesto z bazylii wg Magdy Gessler – tradycyjny smak włoskiej kuchni, nasz rodzinny przysmak. Podane z makaronem to ulubione danie mojego syna. Dla tego sosu robię wyjątek i jem parmezan.

Pesto z jarmużu wg Marty Dymek – jest to odkrycie ostatniego miesiąca u nas. Bardzo aromatyczne i super zdrowe pesto, które bardzo zasmakowało całej rodzinie. Świetnie pasuje do makaronu, ale także do kanapek (samo albo z ulubionymi dodatkami).

Skoro już jesteśmy przy jarmużu, to powiem Wam na temat tego warzywa dwa słowa. Do jarmużu przekonywałam się bardzo długo, mimo iż jest tak bardzo, bardzo zdrowy. Powód jest bardzo głupi, wręcz śmieszny. Do niedawna byłam fanatycznie oddana zasadzie, że jeśli coś jest popularne, to ja tego nie chcę lubić. Nawet moje pasje przestawały mi „smakować”, gdy inni masowo zaczynali się nimi zajmować.  No i jarmużu tknąć nie chciałam, bo oto nagle wszyscy go jedli. To było głupie i niedojrzałe podejście, z którym niedawno pożegnałam się raz na zawsze. Postanowiłam dać szansę jarmużowi i jestem mile zaskoczona. Przede wszystkim mój pięcioletni syn wcina go jak najęty. Jarmuż, zielona pietruszka i bób stoją u niego na szczycie rankingu. Jarmuż można jeść zupełnie sauté. Jeśli w takiej formie nie smakuje, można po prostu skropić go cytryną i posolić. Wiele fajnych przepisów z jarmużem, które można znaleźć na Jadłonomii i Kwestii Smaku.  Ja niedawno przyrządziłam też koktajl z dodatkiem jarmużu. Zmiksowałam szczyptę natki pietruszki, szczyptę świeżej mięty, sok z połowy cytryny, kilka liści jarmużu, garść borówek, banana i trochę wody. Wypiłam cztery szklanki! Coś przepysznego.

A co ze wspomnianą już kolendrą? Och, jest to temat grząski. Tak jak Wam ostatnio pisałam, staram się nie mówić NIE żadnym smakom. Z kolendrą mam jednak wielki problem. Kiedy po raz pierwszy skosztowałam kolendry w 2010 roku w Coco de Oro, to aż odskoczyłam. „Mój Boże, co to jest?!” – pomyślałam. Zrobiło mi się niedobrze. Od tamtego czasu przez wiele lat podskakiwałam na sam dźwięk słowa kolendra. Ostatnio jednak postanowiłam dać jej drugą szansę. Podobno jedni kochają kolendrę, a drudzy nienawidzą. Ja należę raczej do tych drugich. Jednak świadomość jej cudownych właściwości prozdrowotnych sprawia, że dodaję jej do potraw, w rozsądnej ilości, zmieszaną z innymi aromatycznymi ziołami. Całkiem nieźle sprawdziła się jako dodatek do pieczonych batatów, na które przepis podawałam Wam tydzień temu. Przede mną  i kolendrą jeszcze wiele wspólnych przygód. Może się polubimy. Zamierzam wypróbować przepisy z serwisu Baziółka.  Nie mogę jeszcze tego serwisu polecić, bo nie testowałam tych przepisów.  Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Zachęcam Was do ożywienia swojej kuchni zielenią – może dzięki temu wiosna przyjdzie szybciej. Życzę tego nam wszystkim.

 

foto_MKMagda  Kaźmierczak. Rocznik 1983. Matka dwojga, żona pewnego  Jednego Jedynego; doświadczony człowiek, wulkan energii. Psycholożka z zawodu, z zamiłowania pisarka i społecznica. Muzykuje, tańczy, medytuje i kocha zdrowy styl życia. Lubi dzielić się wiedzą, pomagać innym, łączyć ludzi ze sobą i patrzeć na ich rozwój. Nigdy się nie nudzi i z entuzjazmem patrzy w przyszłość. Po latach prowadzenia swojego bloga (Nietylkomama.pl) postanowiła pójść dalej.
Gdzie ją porwie, to się jeszcze okaże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*