Wystawa „Dinozaury na żywo”

Od kilku lat temat dinozaurów stale przewija się przez nasz dom. Pięć lat temu nasz syn, obudzony nawet w środku nocy, bez problemu opowiadał o deinonychach, diplodokach i tyranozaurach, a największym skarbem były monety z grawerami triceratopsa. Kiedy w nasze progi zawitała niewiasta, na topie znalazy się różowe dinozaury, najchętniej w spódniczkach do baletu, a nazwy były ostatnim, co panience wydawało się interesujące – teraz zamiast diplodoka i tyranozaura mamy Matyldę z długą szyją i Franka z groźnym wyrazem pyska. Każdemu podług potrzeb. 😉

Kiedy 5 listopada w hali na Błoniach Stadionu Narodowego w Warszawie otwarto wystawę „Dinozaury na żywo” wiedzieliśmy, że zawędrujemy tam raczej wcześniej, niż później. I stało się. Byliśmy, widzieliśmy, sprawdziliśmy i teraz opisujemy.

Zaczyna się bardzo dobrze – zaraz za wejściem jest prowizoryczna sala kinowa. Tam można obejrzeć lekcję poglądową dotyczacą życia i wyginięcia dinozaurów. Film to wyrywki popularnego w Niemczech naukowego programu dla dzieci, kadry naturalnej wielkości postaci dinozaurów oraz animacje z ich życia. W filmie jest wiele ujęć z Muzeum Historii Naturalnej w Berlinie, w którym byliśmy w zeszłym roku. Nasz 10-latek siedział zasłuchany, a ja sama też dowiedziałam się paru nowych rzeczy – faktycznie wiedza dla dzieci przeplatała się z informacjami interesującymi dla dorosłych. Tak miało być. Jedynym mankamentem była panująca na sali temperatura. Jak wspomniałam, kino jest zaraz za wejściem i kiedy wchodzili nowi zwiedzający, robiło się bardzo zimno.


Głodni dalszych wrażeń ruszyliśmy oglądać naturalnych rozmiarów dinozaury. Na 2000m2, zgromadzono czterdzieści ogromnych postaci. Na stronie wystawy możemy przeczytać: 40 robotów-dinozaurów rzeczywistych rozmiarów, ogromnych animatronicznych stworzeń, sterowanych za pomocą najnowocześniejszej techniki, która odpowiada za mimikę oraz ruchy kończyn. To niesamowite połączenie rzeźb i szkieletów zapewni wyjątkowe przeżycia i pozwoli nam poznać świat dinozaurów

Faktycznie, dinozaury poruszają się; machają ogonami, ryczą, kręcą głowami i ruszają kończynami; rzeczywiście hałasują i super wyglądają na filmikach, prezentowanych na stronie wystawy. Młodsze dzieciaki dobrze się bawią. Pięciolatka była przejęta (ale nie przestraszona) i głowa kręciła Jej się na wszystkie strony. 10-latek zaczął zaciekawiony, ale Jego zapał dość szybko zaczął opadać. Ruchome, ryczące postacie to nieco mniej, niż się spodziewał, a porozstawiane tablice informacyjne zawierały wiedzę znaną, czysto atlasową. My – rodzice – trochę oglądaliśmy, trochę czytaliśmy, ale też mocno skupialiśmy się na tym, żeby nie zgubić dzieci w tłumie odwiedzających. 

Jak przy prawie każdej wystawie prechistorycznej, reklama mówi o jasnym przekazie wiedzy, dobrej zabawie i przeniesieniu się do zaginionego świata wśród sceneriii pradanych lasów. 

Z tym ostatnim zdaniem mocno bym polemizowała. Faktycznie, przyciemnienie i punktowe, kolorowe światło stwarza atmosferę tajemniczości, ale krajobrazy namalowane na falującym materiale i kilka palm i paproci to nieco za mało, żeby zachwycać się scenerią. Tu znowu podkreślę, że dzieciom to wystarcza, a emocje spowodowane dźwiękami dostarczały najmłodszym aż nadto wrażeń.  Na stronie internetowej wystawy wygląda to pięknie, ale to nie są zdjęcia z Warszawy. Teraz hala jest niższa, jest zdecydowanie ciemniej i „gęściej”.

Przy kupnie biletów możemy zdecydować się na opcję z aktywnościami dla dzieci, lub bez nich. Wybraliśmy opcję rozbudowaną i to było nasze największe rozczarowanie. Liczyliśmy na takie zajęcia, jak w muzeum berlińskim czy Centrum Kopernika w Warszawie – odkopywanie kości, składanie szkieletów, układanie organów wewnętrznych. Zamiast tego był małpi gaj (zdecydowanie za mały dla 10-latka), malowanie twarzy i balony, skręcane w różne kształty. Jedyne naprawdę ciekawe zajęcie, tj. składanie szkieletów  drewnianych elementów były bardzo oblegane i nie zdecydowaliśmy się na czekanie na swoją kolej.

Ostatni „zakręt” w hali to dwa ogromne dinozaury i kilka stacji dla dzieci. Do każdej z nich stała ogromna kolejka.

Pierwsza aktywność to ściganie się z dinozaurem, tj. bieg na czas z wyświetlaczem, pokazującym kto wygrał. Dostępne bez dodatkowej opłaty, ani zbyt długiego czekania.

Druga to przejażdżka na małym triceratopsie. Małe dzieciaki były wniebowzięte, a ja z przyjemnością pogłaskałam „stworzenie”. Choć prawdopodobnie nie miało to nic wspólnego z prawdziwą skórą dinozaura, od pierwszej sali miałam ochotę dotknąć imitacji skóry i zobaczyć z czego to jest zrobione. I już wiem, ale nie będę zdradzać tajemnicy. :) Nasza pięciolatka była zachwycona i nie przeszkodziła Jej nawet konieczność czekania w 30-minutowej kolejce. Dziesięciolatek uznał, że jest za duży.

Trzecia stacja to green screen, czyli miejsce, gdzie można zrobić sobie zdjęcie na dinozaurze, do którego komputerowo zostanie dołożone tło. Koszt: 25zł. Kolejka na ok. 15 minut czekania.

Prawie na samym końcu potykamy się ladę, szumnie nazwaną sklepikiem. I znowu: spodziewaliśmy się czegoś w stylu berlińskiego muzeum: plakatów z dinozaurami, kubków, koszulek, puzzli, gier, z których można się też trochę dowiedzieć. Było kilka zabawek na krzyż, wszystko właściwie bez światła. Nie zachęcało.

Ostatnie miejsce przed wyjściem to  kawiarenka. Kilka kanapek, dużo ciastek. Możliwość zakupienia zestawu tostów ze świecącym w ciemności dinozaurem. Stoliki tuż przy wyjściu na dwór.
Temperatura zdecydowanie kurtkowa.

Podsumowując: spędziliśmy na wystawie około półtorej godziny. Pięciolatka do dziś wspomina w wypiekami na twarzy i – ku mojemu zdziwieniu – najwięcej mówi o uciekaniu dinozaurowi. Po raz pierwszy świadomie uczestniczyła w takim wyjściu i nieco oszołomiły Ją naturalne rozmiary dinozaurów. Kilka razy zajmowała bezpieczną pozycję na rękach u Taty.
Wydaje się, że migające światła i natężenie dźwięku stanowiły nadmiar wrażeń dla naszej pięciolatki. Na wystawie bawiła się dobrze, ale resztę dnia odchorowywała w domu. Była wykończona, z wypiekami na twarzy. Potrzebowała ciszy i spokoju. Ogólnie wystawa była dla Niej dużym przeżyciem.

Dziecięciolatek był, widział, ucieszył się, ale nie wzbudziło to w Nim żadnych głębszych emocji i właściwie (poza momentem w kinie) nie poszerzyło wcześniejszej wiedzy. Na końcu wyraźnie czekał na powrót do domu.

Ja mam uczucia mieszane. Po pierwsze – dla mnie było za głośno. Hala podzielona jest na sektory wyłącznie materiałowymi zasłonami i w każdym miejscu wystawy słychać wszystko razem: kino, rozentuzjazmowane krzyki dzieci, ryki dinozaurów i odgłosy tłuczenia ogonami o drzewa. Kilka lat temu pewnie nie zwróciłabym na to uwagi, teraz – zwłaszcza w części kinowej – mocno mi to przeszkadzało.
Po drugie spodziewałam się większej dawki wiedzy. Nie da się ukryć, że jesteśmy już nieco rozpieszczeni ilością widzianych wystaw i muzeów i wysoko stawiamy poprzeczkę, ale – na zdrowy rozum – ruchoma wystawa ma niewielkie szanse dorównać poziomem muzem historii naturalnej.
Po trzecie wyszłam z ponurymi przemyśleniami dotyczącymi stosunków dzieci i ich rodziców. Rozumiem, że w XXI wieku jest milion różnych metod wychowawczych, ale napatrzyłam się na straszenie dzieci, szarpanie „bo natychmiast stąd wychodzimy” oraz na biegun przeciwny, tj. dzieci, które wierciły palcami dziury w postaciach dinozaurów, próbowały odrywać im ogony i uniemożliwiały zrobienie zdjęcia tam, gdzie było do tego przeznaczone miejsce (i kolejka oczekujących).

Czy poszłabym, jakbym mogła cofnąć czas? Z niemowlakiem (widziałam kilka wózków z gondolami) zdecydowanie nie – za głośno, zbyt świecąco, zbyt dużo (także zaziębionych) ludzi.
Z małym dzieckiem tak:

  • w dzień powszedni (jest taniej, oraz – jak sądzę – puściej i ciszej),
  • z wcześniej kupionym przez internet biletem (czyli odpada czekanie w kolejce po bilety na miejscu)
  • inaczej ubrana (na kurtkę za ciepło, na koszulkę za zimno)

Z 10-latkiem niekoniecznie. Dinozaury widywał już wcześniej, nowych rzeczy się nie dowiedział i czekał chyba na nieco inny rodzaj „naukowości” niż ten serwowany na wystawie „Dinozaury na żywo”.

Sama bym nie poszła. Mimo mojej miłości do dinozaurów, radości z oglądania wszystkich części „Jurassic Park” i pierwiastka dziecięcego, ukrytego gdzieś głęboko – zdecydowanie wybieram muzeum.

Małgorzata Wojnar

PS. Na koniec kilka zdjęć z Muzem Historii Naturalnej w Berlinie, tj. tym, czego nam zabrakło w Warszawie

 

 

2 Comments on Wystawa „Dinozaury na żywo”

  1. No i się wybieram, więc pasuje mi ten wpis :) Wychodzi na to, że moje bąble są na tyle duże, że nie będą się bać i na tyle małe, że się nie znudzą .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*