wykład André Sterna – ekologia dzieciństwa

Edukacja domowa, unschooling, szkoły demokratyczne, montessoriańskie, standardowe placówki oświatowe – możliwości jest coraz więcej. Jeszcze kilka lat temu niewiele o nich wiedziałam. Oczy otworzyła mi chyba Leipzig International School, do której chodził Tolek. Dopiero tam zobaczyłam jak może wyglądać nauka, co znaczy „wyjść z ławek” i czym jest partnerstwo (nauczyciela i dzieci) w szkole.

Kolejnym szokiem był powrót do Polski i odkrycie jak bardzo „w innej bajce” już jesteśmy:

– kiedy Tolek na hasło „robimy projekt” wkraczał do szkoły z prezentacją w power poincie, z makietą, w przebraniu i z głową parującą od pomysłów i okazywało się, że chodziło o zrobienie plakatu…
– kiedy o systemach korzeniowych uczył się oglądając zdjęcia w książce, podczas gdy w Lipsku dzieci spędzały godziny na dłubaniu w szkolnym ogródku i poszukiwaniu korzeni,
– kiedy matematyka okazała się żmudnym rozwiazywaniem przykładów, bez jakiegokolwiek odniesienia do życia (w Lipsku dzieci wyliczały m.in. dzienne zużycie wody w domu, prowadziły zapisy ile razy myliśmy ręce, nastawialismy zmywarkę czy pranie),
– kiedy okazywało się, ze nauczyciel ma zawsze rację i jak uczeń myśli inaczej, to ma problem,
itd., itp.

Następnym etapem dziwienia się, ale już bardzo zaprawionym smutkiem, była Konferencja Montessori, na której byłam w kwietniu tego roku. Słuchałam Amerykanów mówiących co jest naturalne – okazuje się, że wielu Polaków nie wie i trzeba im to opowiedzieć i pokazać. Paul Epstein mówił „nastolatek potrzebuje MÓWIĆ – mówić, mówić i mówić, a my mamy słuchać i nie przerywać. On mówi, bo układa tak swoje myśli. A jak będzie chciał naszej reakcji, to nam o tym powie”. W tym samym czasie nasz syn uprzejmie donosił, że ma nie pytać, bo przeszkadza prowadzić lekcje.

Patty Sobelman opowiadała, że najlepsze, co możemy zrobić dla uczniów, to jak najszybciej wyprowadzić ich z ławek i pozwolić im w praktyce sprawdzić czy nowa wiedza się do czegoś nadaje, podczas gdy Tolek płakał, że polska szkoła różni się od lipskiej tym, że lekcje odbywają się tylko w salach.

Jeszcze potem okazało się, że DemOlka nie powinna chodzić do szkoły. W pierwszej chwili był szok, ale potem ta informacja okazała się zbawienna! Nie puścimy córki do szkoły. Zostanie w domu. Zaczynamy edukację domową… reforma oświaty zrobiła nam psikusa i opóźniła oficjalny początek ed o rok, ale ziarno zostało zasiane…

I tak doszłam do książek André Sterna. A potem zadziałał czysty przypadek: niedawno siedziałam w poczekalni u dentysty mojej córki. Tata wychodzącej pacjentki zerknął na książkę, którą miałam w ręku i napomknął, że Wydawnictwo Element prowadzi jego znajomy i że właśnie organizuje spotkanie z autorem „mojej” książki. I tak – dzikim fartem – w ostatnią sobotę trafiłam na konferencję ekologii dzieciństwa.

IMG_4475

I po tym przydługim wstępie dochodzę do meritum. :) Konferencja została otwarta świetnym wykładem neurobiologa dr Marka Kaczmarzyka i o tym postaram się napisać na dniach w osobnym poście. Osobno napiszę też o poglądach Arno, ale to dopiero jak skończę czytać jego książkę. Dziś skupię się na wykładzie André Sterna „Ekologia dzieciństwa. Nowa postawa względem dziecka”, bo lekturę jego książki mam już za sobą.

Nie jestem fachowcem, a hasło „ekologia” zawsze powoduje u mnie lekkie zjeżenie się. Gdyby nie to, że świeżo skończyłam czytać „I nigdy nie chodziłem do szkoły” to pewnie wcale bym na tę konferencję nie dotarła (abstrahując od tego, że w ogóle bym o niej nie wiedziała). Szłam nie do końca przekonana, że „to mi coś da”, a okazało się, że przepadłam z kretesem już po pierwszym wykładzie. I że przede wszystkim chodzi o to, żeby ufać dzieciom.

Po pierwsze obaj panowie (André i Arno) cały czas razem przebywali na scenie. I już sama relacja między Nimi spowodowała, że poczułam, że „ja też tak chcę” – tak chcę odnosić się do swoich dzieci i chcę, żeby one tak odnosiły się do mnie. Niby nic, niby drobne gesty, półsłówka i szybkie spojrzenia, a nie było najmniejszej wątpliwości, że panów łączy ogromny szacunek i przyjaźń.

Po drugie André występował wielokrotnie jako aktor i – pomijając treść – jego wykład od pierwszych słów jest świetnym przedstawieniem. Mimo, że francuskiego uczyłam się krótko, a skończyłam kilkanaście lat temu, to połowę rozumiałam bez tłumaczenia. Kiedy André pokazuje jak dzieci reagowały na jego „nie chodzę do szkoły” to nie ma najmniejszej wątpliwości, że okropnie mu tego zazdrościły. Kiedy opowiada jak sprzedawczyni odradzała kolekcjonerski model auta, który chciał kupić swojemu małemu synkowi, to chyba wszyscy na sali widzieli, że była naprawdę przerażona tym pomysłem („on połknie małe części!! zepsuje!! zniszczy!!).

Po trzecie to, co mówi André od początku do końca jest spójne, logiczne i człowiek zachodzi w głowę jakim cudem tak bardzo odeszliśmy od naturalnych zachowań…

A po czwarte ten wykład powinno się zobaczyć, posłuchać i przeżyć. I czego bym tu nie napisała, to będzie tylko uboga wersja tego, w czym mogłam uczestniczyć. Dlatego postanowiłam napisać w punktach, hasłowo, żeby każdy chętny mógł po swojemu przemyśleć i rozwinąć hasła, od których wychodził André Stern. Nie czuję się na siłach tworzyć kompletnej opowieści choćby dlatego, że jeszcze układam to sobie w głowie, jeszcze trawię.

IMG_4478

Zaczynamy:

  1. Przez całe lata byliśmy uczeni, że życie to walka o byt, że wygrywa silniejszy, że większe drzewa zaduszają słabsze; tymczasem od kilku lat coraz silniej przebija nowy głos – że to wszystko nie tak, że pora zawalczyć o spokój i pokój, że jednak istnieje symbioza, że zdarza się, że stare drzewa poświęcają się dla młodszych, które będą rosły dłużej, ale są silniejsze, że silniejszy dba o słabszego. I to jest punkt wyjścia ekologii dzieciństwa.
  2. Wielokrotnie rodzice i nauczyciele słyszą „zejdź do poziomu dziecka”, nie góruj nad nim, nie wywyższaj się, kucnij. I właśnie to „kucnij” to największe nieporozumienie. Bo wcale nie chodzi o fizyczne zejście z piedestału, tylko o postawianie się na równi z dzieckiem we własnej głowie; chodzi o zrozumienie, że naprzeciwko siebie stoi po prostu dwoje ludzi.
  3. Każdy z nas ma w sobie zranione dziecko, które kiedyś usłyszało „jesz ładnie?”, „czy dobrze śpisz?”, „czy jesteś grzeczny?”, „czy jesteś dobry z matematyki?”. A te wszystkie pytania znaczą tyle, co „żebyś było kochane, to musisz się zmienić/bardziej się starać”. Tym samym zamiast na byciu skupiamy się na stawaniu się. Dopóki tego nie zmienimy, nie mamy szans pogodzić się ze zranionym dzieckiem, które siedzi ukryte głęboko w nas.
  4. Każde dziecko zostawione w samotności bawi się. To silniejsze niż głód, ból, senność. To najbardziej naturalne zachowanie. To dlaczego przerywamy tę zabawę? Otóż dlatego, że nie bierzemy jej na poważnie; a tym samym dzieci czują, że nie traktujmy ich do końca poważnie.
    Nowoczesna neurobiologia wskazuje, że nie ma lepszej nauki zabawa. „Uczyć się” to nie jest zajęcie. „Uczyć się na pamięć” – jest. Nauka powinna być tożsama z zabawą – bo bawić się lubimy, bo sprawia nam to przyjemność. Kiedy nauka zaczyna być poważna i w opozycji do zabawy („skończ się bawić, pora na naukę”), to zaczyna się źle dziać. Ponieważ dziecko nigdy nie poddaje w wątpliwość tego, co mówi dorosły, tylko szuka źródła problemu w sobie, to samo zaczyna przejmować postawę dualizmu nauki i zabawy. I tu zaczynają się schody, bo żeby mózg działał lepiej, potrzebny mu jest do tego nawóz w postaci entuzjazmu.
  5. Dla dzieci śmieciarz i astronauta to tak samo ciekawe zawody, przyjęte z równą dawką radości. Taką dawkę entuzjazmu, jaką małe dzieci odczuwają co 2-3 minuty, dorosły odczuwa 2-3 razy w roku. Dzieci nie trzeba uczyć tolerancji, bo z natury nie są nietolerancyjne; nie trzeba ich uczyć entuzjazmu, bo mają w sobie ogromne pokłady entuzjazmu. Dlatego zamiast pytać ile i jak możemy nauczyć dzieci, zadajmy sobie pytanie ile my możemy nauczyć się od nich? I pamietajmy o jeszcze jednym: chęć pójścia w świat – poznawania go, oswajania – jest zupełnie naturalna; to główny czynnik, który nas ubogaca. Najgorsze, co możemy zrobić dziecku, to zatrzymywanie go, kiedy chce iść dalej w świat.
  6. Dzieci są naszymi lustrami. To my je inspirujemy. Najlepszy mentor to taki, jak Arno Stern, który nie chciał być ojcem, tylko samym sobą – ludzkim człowiekim. Rodzic, który lubi samego siebie daje dziecku największą siłę do bycia samym sobą.Ponieważ ten ostatni punkt nie dawał mi spokoju, poszłam po wykładzie do André i spytałam Go czy to znaczy, że nigdy nie miał myśli „chciałbym być taki jak ojciec” – bo przecież widać w nich tę samą filozofię życiową, ten sam szacunek do świata, do dzieci; podobne cele i marzenia. André odpowiedział, że nigdy tak nie pomyślał. Że owszem – tak jak jego ojciec był samym sobą, tak André chciał pozostać sobą. I w tym sensie naśladował ojca, ale nigdy nie chciał być „taki jak ktoś”. I że według niego dążenie synów do „bycia jak ojciec” wcale nie jest naturalne. Odwołał się tu do bycia muzykiem – kiedy słyszy kogoś świetnie grającego na gitarze to czuje zachwyt i chce być tak samo dobry w swojej grze. Ale nie chce być jak tamten człowiek, chce tylko tworzyć swoją, poruszającą muzykę.

Po wszystkich wykładach przyszedł czas na pytania. Tu do przemyślenia pozostały mi trzy zupełnie oderwane od siebie zagadnienia:

  1. Ludzie to jedyny gatunek, który budzi swoje dzieci, jedyny uczący „dobrego” spania, dumający nad tym kiedy spać z dzieckiem, a kiedy osobno. Czy nie lepiej byłoby po prostu…. zachować się naturalnie? I to nie tylko wtedy, kiedy o spanie chodzi?
  2. Ponieważ André Stern dość negatywnie odnosi się do edukacji domowej, to chyba na każdym polskim spotkaniu z nim pada o to pytanie; a to dlatego, że Francja jest „rajem ED” – wystarczy zadeklarować, że dziecko uczy się w domu i nikt nie każe zdawać mu żadnych egzaminów. (Nie powiem – robi wrażenie głośno wypowiedziane zdanie „nigdy nie zdawałem żadnych egzaminów i moje dzieci też nigdy nie będą, o ile tego nie zachcą”). Tymczasem w Polsce edukacja domowa jest jaka i jest, trzeba ją podpisać pod jakąś szkołę (od przyszłego roku – prawdopodobnie będzie obowiązywała rejonizacja) i  przynajmniej raz na rok dziecko musi przystąpić do egzaminów.
    Przy tym pytaniu zabrakło, niestety, czasu na dokładne wyjaśnienia, ale główne przesłanie Sternów było takie, że a) nie można się zamykać w domu – ważne, żeby dzieci miały dostęp do różnych ludzi, różnych sytuacji miejsc; b) presja godzi w dziecko, a konieczność realizowania jakiegoś programu i zdawania egzaminów tworzy presję. Niestety, nie doszliśmy do wniosków jaki jest złoty środek w przypadku konieczności zdawania tychże. 😉
  3. Ktoś zapytał co zrobić, kiedy dziecko zostawione samemu sobie jest zainteresowane wyłącznie elektroniką. Tu nastąpiła długa i niezwykle ciekawa odpowiedź, którą krótko podsumowałabym w ten sposób: świat się wirtualizuje, a komputer to nie czarna dziura, która wciąga ludzi. Problemy zaczynają się, kiedy dziecko zasuwa między szkołą i domem; między nauką a pracami domowymi nie ma czasu na siebie. Dlaczego? Ano dlatego, że każde dziecko ma w sobie potrzebę bycia bohaterem, ale taki rodzaj życia nie daje mu pola na realizację tego marzenia. Z pomocą przychodzi komputer, który nie ocenia, nie dołuje, jedynie „akceptuje”: daje podziw, szacunek, zachwyt.  Tak długo, jak dom i świat realny są wystarczająco ciekawe, tak długo komputer jest tylko jedną z metod zabawy, a więc także nauki.

Przy okazji tego ostatniego pytania André powiedział coś, co chyba najmocniej do mnie trafiło. Podszedł do jednej z kobiet siedzących na sali i powiedział: „jeśli podejdę do ciebie i powiem ja jestem mężczyzną. mogę używać telefonu i tabletu, bo to dla mnie dobre, bo mi to służy. Ty jesteś kobietą. Tobie nie wolno. Tobie to szkodzi, to co byście pomyśleli? Sądzę, że oburzylibyście się?” (nie da się ukryć, że już jak mówił, to atmosfera na sali nieco zgęstniała).  Wtedy Stern przeszedł do puenty: „to dlaczego w momencie podstawienia w to zdanie słowa dziecko zamiast kobieta uważacie, ze to jest ok?”

ten niezręczny moment…

I z tym pytaniem i ja Was zostawiam.

 

 

11 Comments on wykład André Sterna – ekologia dzieciństwa

  1. Świetnie się czytało! Dziekuję! Ksiazke Andre już przeczytałam, teraz czas na Armo.
    Cieszę się, że moje dziecko nie musi zdawać egzaminów. Co masz na myśli piszac ze Andre negatywnie odnosi sie do ED?

  2. Nina, Andre edukację domową utożsamia z zamknięciem dziecka w domu, niejako „odcięciem od świata”; przenoszeniem szkoły do domu. Nie tyle „jest przeciwko ed”, co „jest za unschoolingiem”.

  3. Byłam, widziałam, słyszałam i nadal przeżywam!

    Pozdrawiam :)

  4. Czytałam książki Sterna i oglądałam „Alfabet”. Bardzo inspirujace i poruszające. Andre miał to szczęście, że nie musiał zdawać egzaminów, dlatego mógł się unschoolingować. My mamy trudniej. A propos puenty: Kobieta to dorosły, dziecko to dziecko. Jestem za wolnością i unschoolingiem, ale uważam że elektronika w nadmiarze naprawdę nam nie służy. Dlatego uważam że dzieci trzeba przed nią trochę chronić. Zresztą, nic w nadmiarze nie służy…

  5. Żałuję, że nie byłam, choć znam ideę.

  6. Nigdy nie wgłębiałam się w temat, ale rzeczywiście większość poglądów Andre dp mnie trafia. Jednak nigdy nie odważyłabym się na naukę domową. Podziwiam ludzi na organizację i skrupulatność w jej realizacji.

    • Joanna, czasem życie trochę decyduje za nas. Jeszcze kilka lat temu niewiele na ten temat widziałam. A potem jakoś samo poszło, seminaria, konferencje, studia, choroba córki – widać ta edukacja domowa była nam gdzieś pisana po prostu. :)

  7. jak niebo i ziemia dosłownie

3 Trackbacks & Pingbacks

  1. gotujemy! projekt: |
  2. gotujemy! projekt: matematyka jest πękna |
  3. „i nigdy nie chodziłem do szkoły” André Sterna jako książka rodzinna |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*