Van Gogh Alive, czyli spotkanie z malarstwem

Jeszcze przez dwa dni na błoniach Stadionu Narodowego można odwiedzić wystawę Van Gogh Alive. Mieści się ona w hangarze od strony Zielenieckiej – tuż obok opisywanych przez nas dinazurów. I tu od razu dodam, że z racji hangaru i panującej pogody, w środku jest chłodno. Na szczęście tym razem  przemiły pan szatniarz uczciwie ostrzega każdego, kto chce zostawić u Niego kurtkę. Nauczona zziębniętym doświadczeniem dinozaurzym przewidziałam to, poszłam w grubym swetrze i było ok. DemOlkę początkowo wpuściliśmy w kurtce, ale jak się zorientowaliśmy jaką formę zwiedzania wybierają małe dzieci, to czym prędzej rozebraliśmy panienkę do bluzy i to był dobry wybór. Stateczna głowa rodziny pozostał(a) w kurtce i chwalił(a) sobie to rozwiązanie.

Ale do rzeczy: byliśmy w godzinie świeżo-po-pracowej i było gęsto. Do kasy czekaliśmy chwileczkę, ale już przed tablicami informacyjnymi, od których zaczyna się zwiedzanie, musieliśmy poczekać w kolejce. Sama część multimedialna zorganizowana jest tak, że nawet duże zaludnienie nie stanowi problemu. Trafiliśmy też na wyjątkowo kulturalnych zwiedzających – tylko jedna osoba rozmawiała przez telefon, nikt nie używał flesza do zdjęć, a rodzice małych dzieci pilnowali, żeby nikomu nie przeszkadzały krzyki.

 

Na oficjalnej stronie van Gogh Alive jest taki opis: Wystawa korzysta z technologii SENSORY 4; ponad 3 tysiące dzieł mistrza wyświetlanych w formie wielkoformatowych, tętniących kolorami obrazów. Każda powierzchnia galerii – ściany, kolumny, sufit, a nawet podłoga przemieniają się w pasjonującą opowieść o życiu i twórczości mistrza. Poruszająca gra świateł i kolorów, intensywna paleta barw […]

I właściwie jest to skrót telegraficzny tego, co nas tam spotka. Czy warto iść? Bardzo warto!! Czy zabrać dzieci? Koniecznie! Dlaczego? Dlatego, że to najłagodniejszy z możliwych sposób na wejście z maluchami w świat sztuki. Na wystawie co prawda przeważali ludzie dorośli, ale była też gromadka dzieci: kilkoro zupełnych maluchów przysypiających w wózkach, jedno maleństwo raczkujące po podłodze i pięć panienek w wieku przedszkolnym, które z zachwytem biegały, skakały i czołgały się po obrazach wyświetlanych także na podłodze. Trochę im zazdrościłam luzu i swobody – sama miałam ochotę stać się na chwilę częścią ruchomego obrazu i tylko wtłoczenie w normy społeczne nie pozwoliło mi do nich dołączyć.

Niestety, z racji ferii nie było z nami Tolka. Podejrzewam, że z tego samego powodu nie widziałam tam żadnego dziecka w wieku szkolnym. Szkoda, bo zabrakło mi standardowego dwugłosu dzieciowego. Nie umiem nic napisać o wrażeniach nastolatków, choć stawiam w ciemno, że Tolek byłby poruszony.

DemOlka siadała, skakała, kładła się, potem robiła spokojną rundę po całej sali, w trakcie której zachwycała się każdym płótnem, po czym wracała do gimnastyki wśród obrazów wyświetlanych na podłodze, które, niewątpliwie, stanowią największą atrakcję dla najmłodszych.

Jedyne ostrzeżenie kieruję do rodziców dzieci z zaburzenia integracji sensorycznej: faktycznie jest mnóstwo kolorów, migające światło i głośna muzyka (poważna). Wiedziałam o tym wcześniej i już od wejścia cały czas miałam ustawiony „radar” na reakcje latorośli. Nasza pięcioletnia córka, która jest w trakcie terapii SI, na miejscu dała sobie świetnie radę. Była zachwycona i głowa kręciła Jej się na wszystkie strony, ale po ok. 40 minutach zauważyliśmy pierwsze oznaki nadmiaru bodźców i postanowiliśmy dłużej nie czekać. Wróciliśmy do domu, gdzie kolejną godzinę siedziałyśmy we dwie w ciszy, czytając książki i oglądając albumy (już wiem, że po nadmiarze atrakcji takie wyciszenie jest dla Niej bardzo ważne). Wszystko było w porządku do momentu, kiedy DemOlka nie trafiła do łóżka (tj. po ponad dwóch godzinach od wyjścia z hangaru): dopiero zupełna cisza i ciemność pokazały jak Mała była naładowana wrażeniami i prawie 2,5h wałkowała się po łóżku, zanim udało Jej się zasnąć.

Podsumowując: tych, którzy jeszcze nie poszli do hangaru przy Zielenieckiej, bardzo zachęcam, żeby wykorzystali te ostatnie dwa dni. Z parkowaniem nie ma problemu (choć z racji bliskości akcji Zimowy Narodowy parking jest płatny 10 zł), godzina to przybliżony czas, który potrzebny jest na przeczytanie tablic informacyjnych oraz zobaczenie jednego pełnego cyklu wyświetlanych slajdo-obrazów, kolejek brak, a zyskujemy chwilę zadumy i magii wśród codziennego pośpiechu.

Poniżej zamieszczam oficjalny filmik ze strony Wystawy. Jest on oczywiście, w sporym przyspieszeniu, co nieco „zabija” panującą tam atmosferę, ale poza tym bardzo dobrze pokazuje czego można się spodziewać:

Bardzo polecam Dużym i Małym!

 

Małgorzata Wojnar – mama Antka i Oli; główna pomysłodawczyni scenariuszy zajęć Szalonych Naukowców; autorka książeczki Przyroda w zagadkach Wydawnictwa Edgard.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*