„Szkoła memów”

Znacie dr Marka Kaczmarzyka? Jeśli tak – to sobie możecie przypomnieć kto zacz, a jak nie – to poznajcie, bo warto!
Wersja oficjalna brzmi tak:

Jeden z czołowych neurodydaktyków, będący zarówno neurobiologiem,
dydaktykiem akademickim i nauczycielem z dwudziestodwuletnim stażem pracy w szkole średniej.
Jest naukowcem, memetykiem i ewolucjonistą oraz autorem podręczników i programów szkolnych.

za:  neurodydaktyka.us.edu

Wersja mniej oficjalna, moja, brzmi: Marek Kaczmarzyk jest świetnym mówcą! Miałam okazję słuchać Jego przemówienia 2 lata temu, na konferencji ekologii dzieciństwa i chyba nigdy tyle nie śmiałam się w trakcie czyjegoś wystąpienia. A dodajmy, że był to poważny wykład, jedynie ubrany w lekkostrawną formę.

Doktor Kaczmarzyk jest również poważnym naukowcem z krwi i kości, badaczem, memetykiem- poczukiwaczem. Jego książki skłaniają do myślenia, choć – nie ukrywam – momentami brakuje mi w nich trochę tego „puszczenia oka”, którym okraszane są wykłady, dla rozładowania skupienia.
I tak było też przy lekturze ostatniej wydanej pozycji.

Moim zdaniem „Szkoła memów” to nie jest książka, którą można przeczytać w biegu, między bawiącymi się dziećmi, czy w autobusie. Wymaga skupienia, ciszy i przemyślenia – czytelnicza wersja mindfulness. Jeśli zapewnimy sobie takie warunki, to czeka nas prawdziwa uczta.

Tytułowy mem to pojęcie stworzone w 1976 roku przez biologa Richarda Dawkinsa.
Jest to jednostka dziedziczenia kultury, która nazwę zawdzięcza odniesieniu do greckiego rdzenia mimesis (naśladownictwo), angielskiego memory (pamięć) oraz francuskiego le même (taki sam) (s. 8).
Może nim być nie tylko to, co kojarzymy z internetem, ale np. plotka, piosenka, żart, teoria naukowa, itd., itp. Istnieją memy twarde, które praktycznie nie podlegają zmianom – np. dotyczące treści religijnych czy narodowych, memy miękkie, podlegające ciągłym zmianom, będące niesłychanie plastyczne oraz memy lepkie, które przyklejają się do treści ważniejszych  (np. reklamy czy stereotypy).

Przeskakują one z jednego mózgu do drugiego w procesie szeroko rozumianego naśladownictwa (s. 17), tworząc memotyp, tj. aktualny zestaw memów, budujący mózg jednej, konkretnej osoby (stale ewoluujący). To, jaki model stworzy mózg, zależy od tego, w jakim środowisku się znajduje. Należy tu zaznaczyć, że wyizolowany mem traci sens – jest nierozerwalną częścią składową wspomnianego wyżej memotypu.
Jaki to ma wpływ na szkołę? Zastanówmy się…

„Dawcą” memów w szkole może być zarówno nauczyciel, jak i uczeń. Zrozumienie tej dialogowości wydaje się przychodzić niektórym edukatorom z niejakim trudem…

Marek Kaczmarzyk cytuje w „Szkole memów” stare przysłowie chińskie

Jeśli myślisz i żyjesz z dnia na dzień, sadzisz ryż. Jeśli myślisz w kategoriach dekad, sadzisz drzewa. Lecz jeśli myślisz kategoriami pokoleń, uczysz ludzi.

To jak to jest z tym uczeniem ludzi?

Większość dorosłej części społeczeństwa traktuje szkoły jak instytucje, służące zdobywaniu wykształcenia. Żeby ją „sprawdzić” tworzy różne rodzaje oceniania jej skuteczności. Tak się w tym zatraciliśmy, że przestaliśmy zwracać uwagę na to, co istotne, tj. fakt, że szkoła jest „miniaturowym światem”

…zróżnicowanym środowiskiem społecznym, które stale się zmienia, stawiając przed jednostkami nowe zadania. „Czasem jest ona konkretnym miejscem, a innym razem stanem ducha, porozumieniem, mową, które obie strony muszą zaakceptować, żeby szkoła mogła istnieć, działać i spełniać swoją funkcję […] Nikogo nie można zmusić do tego, żeby stał się jej częścią.[…] Bycie częścią szkoły, podobnie jak bycie częścią każdego innego środowiska, to proces poszukiwania rozwiązań problemów, które to środowisko tworzy (s. 21 i 29)

Tu chyba powinnam zaznaczyć, że nie ze wszystkim, o czym można przeczytać w „Szkole memów”, się zgadzam: np. z tym, że środowisko rówieśnicze jest niezwykle ważne.
Inne stwierdzenia traktuję jak wzniosłe ideały, które -niestety – nie mają większego przełożenia na nasze szkoły. Ale tym bardziej warto przeczytać tę książkę – nie, żeby przyklasnąć i znaleźć jedynie potwierdzenie własnego zdania, ale żeby poznać różne punkty widzenia, podyskutować z samym sobą i – być może – pozwolić się „wybić” z wygodnych torów myślenia, wśród których się wzrosło.

Tak, jak z niektórymi fragmentami się nie zgadzam, tak przy czytaniu innych łapałam się na tym, że siedzę, a głowa sama kiwa mi się potakująco, np. kiedy czytałam ten fragment:

Doświadczenie zawodowe nauczyciela nie jest zbiorem reguł gotowych do stosowania w każdej sytuacji, lecz kompetencją ich tworzenia. […] Jednym z najtrudniejszych aspektów zawodu nauczyciela jest zrozumienie, że taki doskonały zbiór reguł po prostu nie istnieje”.

Ponieważ w naszym domu edukuje się świeżo upieczona pierwszoklasistka, to mam sporo kontaktu z rodzinami dzieci, które właśnie zaliczają czołowe zderzenie z polskim systemem oświaty. W internetowych dyskusyjnych grupach edukacyjnych zaczyna się zbiorowy lament rodziców dzieci z końca roku kalendarzowego, z zaburzeniami, z umysłami wolnymi jak ptak: rodzicami dzieci, które z jakiegoś powodu odstają od większości klasy. Te dzieciaki w ogromnej większości zbierają właśnie uwagi o niodostosowaniu/lenistwie/zbyt małym nakładzie pracy, a ich rodzice z przerażeniem odkrywają, że „szkoły nie zawracają sobie głowy innością”. Ileż byłoby łatwiej, jakby wszyscy wzięli sobie głęboko do serca ten jeden jedyny, cytowany wyżej, fragment „Szkoły memów”!

„Nasze mózgi kochają opowieści, szczególnie znanych nam osób (…) jak plotka”. (s. 39). Jak już się otrząśniemy z pierwszego oburzenia (plotka?! jaka plotka!!! co to ma do nauki!!), to zastanówmy się na spokojnie jak ważna to informacja – jak bardzo mogąca ułatwić dzieciom przyswajanie wiedzy. Pierwszy pomysł z brzegu: żeby oswoić ósmoklasistów z historią współczesną zróbmy z polityki opowieść o „znanych” – nie „wielkich znanych”, tylko „politycznych celebrytach”. Wzbudźmy ciekawość, a polityczne twarze same się oswoją i zapadną w pamięć… Zaserwujmy pierwszakom bajkę o cyfrach – niech ósemka będzie bałwanem, a dwójka łabędziem… czy nie łatwiej zapamiętać nowe kształty?

Doktor Kaczmarzyk jasno i bardzo ciekawie tłumaczy na ile czasu (i z jakiego powodu) słuchacz może się w pełni skupić, dlaczego jego uwaga potem „ucieka” i co zrobić, żeby ją z powrotem „przyciągnąć”.

Zmiana głosu, klaśnięcie w dłonie, zabawna dygresja, zmiana tematu czy zachowania „zresetuje” uwagę słuchaczy.

Banał? Niby tak, ale po pierwsze – jako wieczna studentka – z przykrością stwierdzam, że nawet nauczyciele akademiccy albo niewiele o tym wiedzą, albo czują się zbyt poważni, żeby się zastosować, a po drugie – kto nie był na wykładzie doktora Kaczmarzyka, ten nie wie z jaką wirtuozerią można ten „banał” zastosować nawet w trakcie bardzo poważnego wykładu.

Sprzymierzeńcem może się też okazać gest, pod warunkiem, że nie będzie dla studenta ciekawszy niż słowo”.

Z moich osobistych doświadczeń wynika, ze dobry mówca musi być po trosze aktorem – wiedzieć kiedy zawiesić głos, którą ciszę przemilczeć, a którą wyjaśnić; kiedy podskoczyć, roześmiać się w głos, a kiedy pozostawić gest w niedopowiedzeniu…

Tu znowu dygresja z naszego domu: DemOlce skupienia na tematach trudnych starcza na ok. 1 minut. Siłą rzeczy nasz salon zmienił swoje oblicze na takie, która sprzyja edukacji… pojawił się kosz do koszykówki, wielka piłka, karuzela, gumy: klaśnięcie, skok, rzut. A jak i to nie pomoże – salon zmienia się w teatr jednego aktora… i mamy zagwarantowane kolejne 10 minut skupienia.

Naszemu nastoletniemu Tolkowi szczególnie ten fragment przypadł do gustu:

Praca nauczyciela polega w znacznym stopniu na kreowaniu zestawów bodźców o charakterze lustrzanym. Jeśli jego zachowanie sugeruje, że nie jest to jego ulubione „danie”, uczeń też w to nie uwierzy. Wyobraźmy sobie kelnera podającego nam potrawy na wyciągniętej przed siebie ręce, który zatyka sobie nos palcami wolnej dłoni. Raczej nie zaostrzy to naszego apetytu”(s. 54)

Ciekawa jestem ilu czytelników wspomniało w trakcie lektury tego fragmentu nauczyciela z dawnych las, który dyktował coś głosem wskazującym na to, że sam zaraz zaśnie. 😉

Jestem osadzona głęboko w przekonaniu, w którym wzrosłam, tj. szkoła kojarzy mi się z systemem kar i nagród. Bardzo staram się uchronić przed tym moje młodsze dziecko pokazując, że sama wiedza może być przyjemnością. W tym czasie starsze dziecko, systemowe, nieświadomie udowadnia mi, że w szkołach niewiele się zmieniło od czasu mojego dzieciństwa. A doktor Kaczmarzyk pisze tak:

Układ nagrody wywołuje dążenie. Jego aktywność skłania posiadacza do ponownego robienia tego, co sprawia przyjemność. […]

W memetycznym świecie będzie to oznaczało poszukiwanie memów, których obecność pobudza układ nagrody. Kara powoduje unikanie. Sytuacja odbierana jako kara pobudza zupełnie inne części mózgu, wśród których najistotniejsze jest ciało migdałowate, odpowiadające za lęk, wstręt i zachowanie agresywne. Ich pobudzenie wywołuje ucieczkę. […]
Jeśli ukarzemy dziecko za nieład wśród zabawek, nie wywołamy jednocześnie chęci ich sprzątania. Możemy je najwyżej zniechęcić do zabawy. Poza tym kara będzie skuteczna tak długo, jak długo istnieje możliwość jej nałożenia, nie wywołuje dążenia, trudno na jej podstawie zbudować coś, co będzie trwałe także poza środowiskiem, w którym jest stosowana”. (s. 59)

Tolek, dziecko reformy oświaty, chodzi na kurs przygotowujący do egzaminów z języka polskiego, przedmiotu znienawidzonego. Ostatnio wrócił do domu po kilku godzinach z polskim „pozaszkolnym” i zadziwiony powiedział „gdybym miał taką nauczycielkę od polskiego w szkole, to byłby to mój ulubiony przedmiot i miałbym same piątki”. Jedną informację przekazał mi explicite: nauczycielka na kursie rozbudziła Jego ciekawość, „podała polonistyczne danie z ogromnym smakiem”. Druga informacja wyskoczyła implicite: te piątki są jednak niesłychanie ważne i przez wielu są postrzegane jako wyznacznik sukcesu naukowego. Na szczęście – nie dla wszystkich. A dla kogo nie? Niech odpowiedzią będzie ostatni już cytat:

W rzeczywistości szkolnej samoocena także przekłada się na poziom ambicji. Trzeba tylko pamiętać, że przede wszystkim dotyczy ona pozycji zajmowanej w grupie, a niekoniecznie tak lokalnego elementu jak ocena przedmiotowa. Postawa obojętna wobec ocen szkolnych może wynikać z ich małego znaczenia dla pozycji w grupie. Inteligentny uczeń będzie wolał otrzymywać stosunkowo niskie ale bezpieczne oceny, niż zaryzykować utratę autorytetu, jeśli grupa nie ceni osób ocenianych wysoko przez nauczycieli”.

Prawda, że to logiczne?

„Szkoła memów” to teksty, które – w większości – były już publikowane. Dzięki temu uderza mnogość poruszonych zagadnień. Jeśli chcecie przeczytać o „bulionie kultury”, więcej o plotkach, o neuronach lustrzanych, o wpływie płci (uczącego i nauczanego) na proces edukacji, ale też o hipokampie, ośrodkach mowy z mózgu i dlaczego człowiek po urodzeniu tak bardzo potrzebuje pomocy rodziców – to przeczytajcie „Szkołę memów”. Tylko zróbcie to w ciszy i skupieniu. Posługując się memem z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku: podaruj sobie odrobinę luksusu. 😉

 

 

Marek Kaczmarzyk „Szkoła memów. W stronę dydaktyki ewolucyjnej”
Wydawnictwo Element
Gliwice 2018

 

 

 

 

 

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*