Słodko i zdrowo – coś dla entuzjastów słodkiego smaku

Kiedy miałam dwanaście lat, pierwszy raz w życiu przeczytałam „Anię z Zielonego Wzgórza”. Zapewne są wśród Was zagorzałe fanki (a może i fani) tej książki oraz zaciekli jej wrogowie. Jaka Ania jest, każdy wie. Jako wrażliwa dwunastolatka zakochałam się w tej książce na zabój. Mówiłam językiem takim, jak Ania. Przesada, emfaza, kwiecistość wypowiedzi stały się moją codziennością – tak mi zresztą do tej pory trochę zostało. Lektura utwierdziła mnie również w przekonaniu, że moim powołaniem i przeznaczeniem jest pisanie. Jednak w tamtym momencie moi domownicy najmocniej odczuli inną fascynację podsyconą przez Anię: fascynację kuchnią. Zaczęłam piec głównie słodkości. Zakładałam swoją najskromniejszą sukienkę (aby upodobnić się do Ani), czerwoną opaskę na włosy i zabierałam się do pracy. Wtedy powstały moje pierwsze serniki, babki, Karpatki, „murzynki” i ciasteczka.

Czasami, a nawet dość często mam tak, że jeśli nie zjem czegoś słodkiego, to wydaje mi się, że zaraz umrę. Wiem już z doświadczenia, że moja psychika domaga się dopieszczenia. Umiem ją usłyszeć w odpowiednim momencie i ruszyć jej z pomocą. Dawniej (chciałoby się rzec: onegdaj, bo to tak dawno było) jadłam Nutellę, pół mlecznej czekolady, paczkę biszkoptów albo piłam gorącą czekoladę na krowim mleku. Teraz Nutelli nie tknę. Czekoladę jadam tylko gorzką. Biszkopty uważam za najgorsze zło. A gorącą czekoladę rzadko piję, choć ostatnio zrobiłam na mleku migdałowym i była wspaniała! Do czego zmierzam? Do wyznania. Uwaga, oto ono: jestem uzależniona od słodkiego smaku. Uwielbiam, kocham, lubię, potrzebuję, muszę! Jednak odkąd zmieniłam nawyki żywieniowe, przedefiniowałam także moje podejście do tego, czym są słodkie przekąski. To niesamowite, że jak już się zmieni myślenie, to staje się to w zasadzie nieodwracalne. Obecnie, gdy ogarnia mnie ta nieodparta chuć słodyczowa, sięgam po inne rzeczy. Używam też innych substancji do słodzenia napojów i potraw. Moje wypieki także różnią się od tych sprzed lat.

bakalieCzym więc zaspokajam swój głód słodyczy? Towarem pierwszej potrzeby w moim domu są bakalie. Jem je bez przerwy. Moja nafaszerowana bakaliami jaglanka stała się już hitem wśród wszystkich domowników. Dodaję do niej wszystko, na co akurat mam chęć. Ostatnio królują u mnie świeże daktyle, suszone naturalnie morele ekologiczne oraz – rządzące od lat niepodzielnie – migdały. Fanem bakalii jest również mój syn, a najbardziej lubi daktyle. Niedawno dowiedziałam się jak wspaniałą moc kryją w sobie te niepozornie wyglądające owoce. Daktyle podaje się osobom chorym, rekonwalescentom, sportowcom i małym dzieciom. Wzmacniają naszą odporność, pomagają walczyć z niedowagą, regulują trawienie. Mają w sobie wszystko, czego organizm potrzebuje na wiosnę!  Suszone morele mają mnóstwo beta-karotenu, co skutkuje śliczną, lekko opalona karnacją u osoby, która ich dużo zjada. Na dodatek wpływają dobroczynnie na ciśnienie krwi i trawienie. O tym wszystkim możecie przeczytać w internecie, więc nie będę się nad tym rozwlekać. Bakalie możecie jeść bez ograniczeń. Warto mieć je zawsze przy sobie, gdy dopada Was głód albo gdy po prostu macie ochotę na coś dobrego. O tym, gdzie warto kupować wszystkie produkty, o których Wam wspominałam,  napiszę już wkrótce.

owoceA co ze świeżymi owocami? One też mają w naszym domu wzięcie. Na stałe goszczą u nas banany – myślę, że miesięcznie zjadamy ich ponad pięćdziesiąt. Bardzo dużo jemy również jabłek i gruszek. Moimi ulubionymi owocami w sezonie letnim są sharony (kaki). Oto jak najtrafniej mogłabym opisać ich smak: gdyby gruszka wyszła za mąż za mango, to urodziłyby się małe sharonki. Konsystencja, soczystość, słodycz tych owoców jest dla mnie po prostu idealna. Kochani, nie ma sensu rozwlekać tego tematu. Po prostu: jedzcie owoce i już.

A co z cukrem? Najczęściej zastępuję biały cukier cukrem trzcinowym. Próbowałam zastępować stewią, ale nie za bardzo mi smakowała. Miałam wrażenie, że psuje smak napojów i potraw. Jest zbyt intensywna. Ksylitol chyba najbardziej przypomina smakiem zwykły cukier, jednak jest zbyt drogi. Do słodzenia jaglanki używam syropu z agawy. Jest to moja ulubiona substancja słodząca. Z powodzeniem można ją stosować także do kawy, do deserów. W deserach świetnie sprawdza się także syrop daktylowy, który może udawać polewę czekoladową. Jest on jednak droższy i nie każdemu smakuje. Zawsze można zastosować również stary, dobry miód czy syrop klonowy. Dla mnie jednak i tak wygra syrop z agawy. Jego walory smakowe, a także właściwości odżywcze najbardziej mi odpowiadają. Poza tym, moim zdaniem, wypada on optymalnie cenowo w porównaniu z pozostałymi „słodzidłami”.

Jak widzicie, po przejściu na moją super zdrową dietę nie musiałam leczyć się z mojego uzależnienia od słodyczy. Wręcz przeciwnie, teraz jem dużo więcej słodkiego niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak mam pewność, że to, co zjadam jest nie tylko pyszne, ale i dobre dla mnie.

Wypróbujcie poniższe przepisy i cieszcie się zdrowymi słodyczami! Większość z nich już znacie, ale warto o nich przypomnieć.

Mój ulubiony budyń jaglany wg. Jadłonomii.

Deser z tapioki wg. Kwestii Smaku

Tarta jaglana na daktylowym spodzie wg. Jadłonomii

Ciasto – hit czyli bezglutenowy mazurek z tahini i granatem.

Pozostając w temacie bezglutenowych ciast pragnę Was uspokoić – smakowo nie są gorsze od ciast na mące pszennej. Wręcz przeciwnie – są smaczniejsze i dużo lżejsze. Mąkę pszenną można w przepisie zastąpić np. mąką jaglaną lub miksem bezglutenowych mąk. Ja kombinuję różnie, w zależności od tego, co mam w domu. Ostatnio wykombinowałam muffiny na bazie starego i sprawdzonego przepisu, dodając do nich krem tahini i borówki. Przepis jest bezglutenowy, lecz nie jest bezmleczny. Jeśli Wam na tym zależy, by było całkowicie bezmlecznie,  to weźcie dowolny przepis na muffiny bez jogurtu i zamieńcie mąkę pszenną na proponowane przeze mnie mąki bezglutenowe. A zamiast kremu na bazie mascarpone wykorzystajcie ubite mleko kokosowe albo dowolny inny krem bezmleczny. Po raz kolejny namawiam Was – kombinujcie, próbujcie, testujcie! Tak wychodzą najlepsze przepisy.

Oto przepis na bezglutenowe muffiny:

SKŁADNIKI SUCHE

– 2 szklanki mąki (dowolnej bezglutenowej, ja w pierwszej partii wykorzystałam 100% mąki jaglanej, a w drugiej 50% mąki ryżowej i 50% mąki kukurydzianej – obie wyszły wspaniale)

muffiny– 1 łyżeczka proszku do pieczenia

– 1 łyżeczka sody oczyszczonej

– 120 g cukru ( u mnie trzcinowy)

SKŁADNIKI MOKRE

– 2 roztrzepane jajka

– pół szklanki oleju (u mnie olej z pestek winogron)

– 300 g jogurtu naturalnego (typu greckiego)

DODATKI

– dżem/konfitura z dowolnych owoców

– ulubiony krem do babeczek (u mnie był to krem z mascarpone, tahini i syropu klonowego)

– owoce do dekoracji (u mnie borówki amerykańskie)

SPOSÓB PRZYRZĄDZENIA

W dwóch osobnych miskach wymieszać dokładnie składniki suche i składniki mokre. Następnie wsypać składniki suche do mokrych (albo odwrotnie – zupełnie dowolnie) i wszystko razem powoli wymieszać. Do formy na muffinki włożyć papilotki. Nałożyć łyżkę ciasta do każdej papilotki. Następnie położyć po pół łyżeczki dżemu malinowego. Na dżem położyć drugą łyżkę ciasta, tak aby całość zajmowała ok. 2/3 papilotki. Muffiny piec przez ok. 10-15 minut w temperaturze 180 stopni. W zależności od piekarnika czas może ulec skróceniu lub wydłużeniu. Stan muffinek należy sprawdzać. Powinny być rumiane i upieczone w środku (można sprawdzić wykałaczką lub patyczkiem). Babeczki można udekorować dowolnie, a jeśli Wam się nie chce, to nie dekorujcie ich wcale. Same w sobie i tak są dobre.
SMACZNEGO!

 

Magda  Kaźmierczak. Rocznik 1983. Matka dwojga, żona pewnego  Jednego Jedynego; doświadczony człowiek, wulkan energii. Psycholożka z zawodu, z zamiłowania pisarka i społecznica. Muzykuje, tańczy, medytuje i kocha zdrowy styl życia. Lubi dzielić się wiedzą, pomagać innym, łączyć ludzi ze sobą i patrzeć na ich rozwój. Nigdy się nie nudzi i z entuzjazmem patrzy w przyszłość. Po latach prowadzenia swojego bloga (Nietylkomama.pl) postanowiła pójść dalej.
Gdzie ją porwie, to się jeszcze okaże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*