Po pierwsze: sos! – o tym, że obiad bez dobrego sosu nie ma sensu

mama i ja„Mamusiu, wypij to, psepysne” – mówi mała jasnowłosa dziewczynka do swojej ukochanej mamy, wręczając jej podejrzanie wyglądającą, brązowawą ciecz w różowym, zabawkowym kubeczku. „Zrobiłam to specjalnie dla Ciebie” – dodaje. Jak każda dobra matka, mama dziewczynki bierze łyk podejrzanej cieczy i robiąc dobrą minę do złej gry. Wstrzymując resztkami sił grymas obrzydzenia bohatersko uśmiecha się i mówi: „Jakie to pyszne córeczko!”. Znacie to? Czy Wy też tak się znęcaliście nad rodzicami? Ta mała blondyneczka to ja. Od małego uwielbiałam eksperymentować w kuchni, a moja mądra mama mi na to pozwalała. Do dziś pamiętam, że głównymi składnikami podejrzanej cieczy były: Maggi, cukier, mleko, sól, pieprz (w całości, rzecz jasna) i sok jabłkowy. Dziś pewnie zrobiłabym z tego fantastyczną marynatę.

Wiele lat później, już na studiach, po latach jedzenia byle czego albo zupełnie niczego, zaczęłam wracać do kuchennych eksperymentów. Początki były niezwykle trudne. Zawsze dobrze wychodziło mi pieczenie ciast i tortów, jednak obiady to był horror. Bałam się ich panicznie, bo każda próba kończyła się katastrofą. Niby wszystko się zgadzało – ziemniaki ugotować potrafiłam, mięso usmażyć także, sałatkę przygotować – żaden problem. Jednak zawsze czegoś brakowało. Po pierwsze, nie miałam zbyt ciekawych pomysłów. Po drugie, brakowało mi własnego stylu. A po trzecie, po żadnym z obiadów nie można było wykrzyknąć „Palce lizać!”. Dlaczego? Bo nie było czego oblizywać. Zero sosu.

Jak sami dobrze wiecie, żeby stać się w czymś dobrym, po prostu trzeba to robić. Robić, robić, robić, aż się osiągnie mistrzostwo lub przynajmniej stan dla nas satysfakcjonujący. Dlatego, mimo niechęci i wielu niepowodzeń, kontynuowałam przygody kulinarne.  Aż w końcu coś zaskoczyło. Wiecie już, że nie lubię tracić czasu ani robić bardzo skomplikowanych potraw. Im prościej, tym lepiej. Ma być smacznie, zdrowo, łatwo i szybko. Zanim opracowałam ulubione własne zestawy sosów i marynat, wypróbowałam wiele przepisów i zjadłam wiele dań w restauracjach. Teraz już znam tę absolutną, oświeconą prawdę: SEDNEM POTRAWY JEST SOS (chodzi oczywiście o drugie danie, danie główne). Bez dobrego sosu (i przypraw, rzecz jasna) nawet najlepszej jakości mięso będzie smakowało kiepsko. Wyobrażacie sobie sushi z pieczonego łososia bez sosu teryaki? A wyobrażacie sobie w ogóle świat bez sosu teryaki?

A teraz poważnie, przejdźmy do konkretów. Na początek omówmy szybko wybrane rodzaje tłuszczów, bo są one zazwyczaj podstawowym składnikiem sosów i marynat:

tablica z bazarku

Oliwa z oliwek – rządzi u mnie niepodzielnie. Musi być dobrej jakości, najlepiej niefiltrowana. Najpyszniejszą oliwę z oliwek miałam okazję skosztować na wyspach greckich. Mogłabym jeść ją bez przerwy, na śniadanie, obiad i kolację. Chleb maczany w oliwie z solą, świeżym pieprzem i balsamico spożywany na słonecznym tarasie greckiego hotelu to coś, o czym w tej chwili marzę. W Polsce można kupić dobrą oliwę praktycznie wszędzie. Niefiltrowaną oliwę zdarzało mi się kupić nawet w Biedronce, czy Carrefourze. Jednak jak już samo dobrze wiecie, jestem fanką bazarków i oliwę kupuję również tam. Warto rozejrzeć sięga stoiskami, na których kupić można oliwę przywiezioną prosto z jakiegoś ciepłego kraju.

Olej z pestek winogron – zdarza mi się go używać jako zamiennika oliwy z oliwek, choć dla mnie lekko podjeżdża zapachem ryby.  Moim zdaniem, nadaje się lepiej do ciast (np. do ciasta marchewkowego) niż do sosów czy marynat.

Olej rzepakowy – nie mam chyba szczęścia, ale za każdym razem jak dotąd mnie odrzucało, gdy go kosztowałam. Ale jako że jestem za dawaniem następnych szans, będę próbowała do skutku.

Olej słonecznikowy – kiedy byłam mała, był tylko on. Wszystko w nim pływało. Stoi u mnie w kuchni i czasami go używam, choć zdecydowanie wolę oliwę z oliwek. Lubię na nim smażyć naleśniki i racuchy (choć ostatnio zastępuję go coraz częściej olejem kokosowym).

Masło – na diecie bezmlecznej jest zakazane. Czy jest zdrowe? Od lat trwa na ten temat dyskusja. Ja wiem jedno – masło jest przepyszne, tylko musi być naprawdę dobre. Ostatnio moja dieta nie jest już tak restrykcyjna jak na początku i czasami pozwalam sobie na szaleństwo – w tym na kanapkę z masłem. Moje ulubione masło to Lurpak, o wysokiej zawartości tłuszczu. Im ona większa, tym lepiej. O dziwo, niedawno odkryłam, że biedronkowa Mleczna Dolina (w plastikowym pudełku) jest również całkiem dobrym masłem.

oleje

Mamy już z grubsza omówione tłuszcze. Co dalej? Nie powiem Wam nic odkrywczego: Dalej to już kwestia Waszej fantazji i upodobań! Dodajcie to, co Wam smakuje. Jeśli nie macie takiego zmysłu, to ode mnie mała podpowiedź. Jeśli pieczecie lub smażycie mięso, to najpierw marynujcie je w skomponowanej przez siebie mieszance przez minimum godzinę, a najlepiej kilka godzin. Następnie mięso wraz z marynatą włóżcie do naczynia żaroodpornego lub na patelnię i przyrządzajcie według przepisu.

Marynata/sos do mięs powinna się składać z następujących  komponentów:

  1. wybrany olej/tłuszcz
  2. coś pikantnego, słonego lub kwaśnego (w moim przypadku jest to prawie zawsze ocet balsamiczny, ewentualnie sos sojowy)
  3. coś słodkiego (miód, syrop klonowy, syrop z agawy)
  4. przyprawy – sól, pieprz, świeży rozmaryn, gałka muszkatołowa, oregano, tymianek – do wyboru!
  5. coś dziwnego (np. sos tahini, suszone owoce) – choć nie jest to zawsze konieczne

Moja uniwersalna marynata do mięs i nie tylko (bo do pieczonych warzyw też się świetnie nadaje) składa się oliwy z oliwek, octu balsamicznego, syropu z agawy, soli, pieprzu i świeżego rozmarynu. Polecam, przetestujcie! Proporcje zastosujcie według własnego uznania. Nie macie rozmarynu? Nic nie szkodzi. Może macie oregano, tymianek, gałkę muszkatołową, a nawet bazylię lub cynamon? Czemu nie! Wrzucajcie. Nic Wam nie podpowiem – po prostu zróbcie to sami. Wykorzystacie tę mieszankę do marynowania np. filetu z piersi kurczaka lub indyka. Potem razem z marynatą upieczcie mięso (przez ok. 2 godziny w 180 stopniach). Palce lizać!

palce lizać

Poniżej podam Wam kilka przykładów moich ulubionych sosów. Zachęcam Was do ich wypróbowania, a przede wszystkim zachęcam do własnych eksperymentów. Smakujcie, próbujcie, nie bójcie się, że Wam coś nie wyjdzie. Czasem wyjdzie, czasem nie – jak to w życiu bywa! A dzięki eksperymentom jesteście w stanie odkrywać różnorodność smaków i dopasowywać je do swoich preferencji. Od tego już jesteście o krok od własnego stylu kulinarnego.

Rzadko jadam wołowinę, ale w drugiej ciąży mogłam wcinać ją co drugi dzień. Ten gulasz sprawi, że też ją polubicie. W przepisie pojawia się mąka pszenna, ale można ją spokojnie pominąć.

Gulasz wołowy wg Kwestii Smaku

Pyszny sos do kurczaka, z wykorzystaniem pasty tahini. Ja go przyrządzam bez sosu ostrygowego

Wspomniany już przeze mnie we wpisie o tahini przepis na bataty w obłędnym sosie z tahini

 

Miłego eksperymentowania i do szybkiego zobaczenia!

 

foto_MKMagda  Kaźmierczak. Rocznik 1983. Matka dwojga, żona pewnego  Jednego Jedynego; doświadczony człowiek, wulkan energii. Psycholożka z zawodu, z zamiłowania pisarka i społecznica. Muzykuje, tańczy, medytuje i kocha zdrowy styl życia. Lubi dzielić się wiedzą, pomagać innym, łączyć ludzi ze sobą i patrzeć na ich rozwój. Nigdy się nie nudzi i z entuzjazmem patrzy w przyszłość. Po latach prowadzenia swojego bloga (Nietylkomama.pl) postanowiła pójść dalej.
Gdzie ją porwie, to się jeszcze okaże.

 

2 Comments on Po pierwsze: sos! – o tym, że obiad bez dobrego sosu nie ma sensu

  1. Super ten przepis na sos. Rzeczywiście tak robię i zawsze wychodzi przepyszny :))))

  2. Dziękuję za inspiracje. Twój przepis na sos w najbliższym czasie wykorzystam.
    A te pieczone bataty z sosem tahini muszę koniecznie wypróbować, bo do tej pory tahini tylko w hummusie wykorzystuję.

    Pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*