Oporne początki czegoś niezwykłego – o tym, że warto zmienić kulinarne przyzwyczajenia

Mam na imię Magda.  Jestem mężatką, mam dwoje dzieci.  Z zawodu jestem psychologiem, pasjonują i inspirują mnie ludzie, choć nie należę do ekstrawertyków. Uwielbiam czytać i pisać,  rozmawiać z ludźmi w cztery oczy, grać na instrumentach i tańczyć. Moją wielką pasją jest także gotowanie i pieczenie. Przyznaję otwarcie, że jestem uzależniona od jedzenia, ale w bardzo zdrowy sposób. Chcę się z Wami podzielić moją historią o tym jak poznałam smak diety bezglutenowej i bezmlecznej „od kuchni”.  Może i Was to zainspiruje? To zaczynamy!MK foto artWiele lat temu,  jako nastolatka (bardzo typowa) stosowałam bezsensowne diety. Na śniadanie jadłam jeden jogurt light na pusty żołądek, zapijany kawą. Na obiad wciągałam talerz brokułów, a na kolację dwie kromki pieczywa Wasa, zapijanych herbatą Pu-Erh.  Gdy teraz o tym myślę,  to jestem przerażona i z drugiej strony czuję ulgę, że jeszcze żyję. Poza tymi nastoletnimi epizodami, zawsze uważałam się za osobę wszystkożerną. Schabowe, kurczaki, sushi, ciacha, czekolady, wszelkie chleby, pizze, a także warzywa, owoce, serki, śmietanki, jogurty – potrafiłam zjeść naprawdę wszystko.  Głównie jednak dieta moja oscylowała wokół pieczywa i nabiału. Do tego wszystkiego wyjadałam Nutellę łyżeczką ze słoika i chwaliłam się tym wszem i wobec. Nie bałam się także nowych smaków, choć gustowałam raczej w kuchni tradycyjnej, polskiej, a także śródziemnomorskiej . Dbałam o regularność posiłków, o wysiłek fizyczny i o to, aby nie obżerać się do nieprzytomności. Nie miałam nigdy nadwagi, ale towarzyszyło mi mnóstwo innych kłopotów zdrowotnych – zgaga, refluks, a także nieustające katary nieznanego pochodzenia, przechodzące z ogromną częstotliwością w zapalenia zatok. Towarzyszyło mi zatem dość częste uczucie zatkanej, „ciężkiej” głowy, co powodowało kłopoty z koncentracją, drażliwość i wieczne zmęczenie – z niedotlenienia. Do tego wszystkiego od lat towarzyszyła mi anemia, oporna na leczenie preparatami żelaza. Mimo iż byłam szczupła i wysportowana, to pod pępkiem miałam taki smutny „buło-zwis”, który po pierwszej ciąży stał się jeszcze bardziej widoczny i nijak nie mogłam się go pozbyć, nawet cisnąc po sto brzuszków dziennie.

Jeszcze rok temu otwarcie naśmiewałam się z trendów vege, vegan, bez cukru, bez glutenu i w ogóle bez niczego. Uważałam to za szkodliwą i niepotrzebną modę – na dodatek bardzo kosztowną.  Nabijałam się z tego, że jarmuż zdetronizował schabowego, a  ser tofu nazywałam po prostu toFUUU. Jednak później zaczęły do mnie docierać różne sygnały, które powoli zmieniały moje podejście, choć podejścia do toFUUU jakoś nadal nie zmieniłam.  Jakiś czas temu lekarz endokrynolog, u którego leczyłam się z powodu zapalenia tarczycy Hashimoto, zasugerował przejście na dietę bezglutenową, która podobno jest bardzo wskazana dla takich osób jak ja.  Prawie parsknęłam mu w twarz. „Ja bez pizzy? Bez białych buł? NIGDY W ŻYCIU!”. Innym razem laryngolog, załamując ręce przy moim kolejnym zapaleniu zatok, powiedział wprost: „Niech pani odstawi krowie mleko i jego przetwory”. Znów się zjeżyłam na samą myśl i w duchu wypięłam się na te rady. Nawet gdy moja przyjaciółka, także Hashimotka,  przeszła na dietę bezglutenową i bardzo ją zachwalała, podeszłam sceptycznie. Faktycznie, wyglądała jeszcze piękniej niż przedtem. Mówiła też, że czuje się po prostu lepiej, lżej i zdrowiej. A ja ciągle trwałam w przekonaniu, że to nie dla mnie.

Aż w końcu, jak w każdej pełnej napięcia historii, nastąpił moment przełomowy. Gdy urodziłam Córeczkę (prawie 7 miesięcy temu), dość szybko okazało się, że Mała jest alergikiem. Brzuszkowe i skórne brzydkie historie dawały nam popalić od samego początku. Córeczka dobrze je znosiła,  prawie się nie uskarżając, jednak zawartość pieluszki oraz atopowe zmiany na skórze mówiły nam jednoznacznie, że coś się dzieje. Dlatego pediatra zalecił mi przejście na dietę. Usłyszałam wtedy te słowa: „Proszę odstawić gluten i krowie mleko”.  Przystałam na to, oczywiście, bo dobra ze mnie matka, jednak przestraszyłam się nie na żarty.  Ja, która odżywia się głównie jogurtami, białym pieczywem i żółtym serem, mam się tego wyrzec? „To co ja teraz, do jasnej, będę jadła? Trawę?” – pomyślałam. Wtedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że przejście na tę dietę otworzy przede mną drzwi do świata nowych smaków. Poza tym, że przejście na dietę zlikwidowało problemy Córeczki, to jeszcze wyleczyło mnie z anemii i przywróciło życiową energię. Przestał dokuczać mi obrzęk śluzówki nosa i od pół roku nie doświadczyłam zapalenia zatok. Nie wierzycie? Nie musicie. Daję Wam osobistą gwarancję, że tak jest. Wyniki badań mówią same za siebie. A także kilkusetprocentowy wzrost mojej codzienne produktywności.  Co jeszcze? Całkowicie pozbyłam się „buło-zwisu”. Wróciłam do swojej wagi z czasów liceum. Oczywiście, karmienie piersią mi w tym znacznie pomogło. Także błyskawiczny powrót do aktywności sportowej (po 6 tygodniach po porodzie pojawiłam się znów na zumbie) nie jest bez znaczenia. Wierzę jednak, że to właśnie zmiana nawyków żywieniowych jest tutaj głównym „winowajcą”. Czuję się naprawdę zdrowo i wspaniale.  W myśl zasady, że jesteśmy tym, co jemy – kiedyś byłam śmietnikiem, do którego byle jak, naprędce wrzucałam co popadnie. A teraz? Jestem pełnym świadomości jaglanym batatem, w polewie migdałowej z dodatkiem oleju kokosowego i syropu z agawy. Zaczęłam kupować zupełnie inne produkty, a także zaraziłam moich domowników swoim zapałem do zdrowego żywienia. Mimo iż, poza niemowlakiem – dziewczynką, mam w domu samych facetów, udaje mi się ich namówić na zdrowe potrawy. Mój pięcioletni syn ostatnio na przyjęciu  urodzinowym, po zjedzeniu kawałeczka tortu i połowy pączka oświadczył, że teraz wolałby zjeść coś zdrowego. Chcecie wiedzieć jak wygląda nasz codzienny jadłospis? Chcecie wiedzieć, jak sobie poradzić z brakiem glutenu i krowiego mleka w diecie? Z przyjemnością się z Wami podzielę swoimi doświadczeniami! Gwarantuję, że nie będziecie chcieli wrócić do dawnych przyzwyczajeń. Raz w tygodniu zaprezentuję Wam hity ze swojej diety, wraz z przepisami.  Oprócz zmiany jadłospisu potrzebne będą: pozytywne nastawienie, dużo ruchu oraz… medytacja (z afirmacjami).  Wierzę, że dobrą dietą i medytacją można wyleczyć wiele chorób. A na pewno można się w znaczący sposób wspomóc przy leczeniu chorób o podłożu psychogennym. Jest to także doskonały sposób na walkę z depresją. Należy uważnie słuchać swojego organizmu, który skutecznie nam podpowiada, czego potrzebuje. Dobry kontakt z własnym ciałem to podstawa. A medytacja pomaga nam się wsłuchać w siebie. No tak jak? Gotowi na przygodę? To do dzieła!

 

foto_MKMagda  Kaźmierczak. Rocznik 1983. Matka dwojga, żona pewnego  Jednego Jedynego, doświadczony człowiek, wulkan energii. Psycholożka z zawodu, z zamiłowania pisarka i społecznica. Muzykuje, tańczy, medytuje i kocha zdrowy styl życia. Lubi dzielić się wiedzą, pomagać innym, łączyć ludzi ze sobą i patrzeć na ich rozwój. Nigdy się nie nudzi i z entuzjazmem patrzy w przyszłość. Po latach prowadzenia swojego bloga (Nietylkomama.pl) postanowiła pójść dalej.
Gdzie ją porwie, to się jeszcze okaże.

 

1 Komentarz on Oporne początki czegoś niezwykłego – o tym, że warto zmienić kulinarne przyzwyczajenia

  1. Cool! Bedziemy sledzic porady:)

1 Trackbacks & Pingbacks

  1. O kwestiach praktycznych, finansowych oraz parę rad od serca – na pożegnanie | CZYTOCZARY

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*