Od zagorzałego mięsożercy do prawie-wegetarianki – droga od schabowego do topinamburu

Przez lata byłam zagorzałym mięsożercą. Niczym pełnokrwisty polski facet, deklarowałam, iż schabowy zawsze będzie miał przewagę nad jarmużem. Śmiałam się z wegan i wegetarian. Jednak teraz, po latach, bliżej mi do tych drugich niż do tego pełnokrwistego faceta ograniczonego kulinarnie. Jadam mięso, ale dość rzadko. Wiem, że jest mi potrzebne, zwłaszcza zimą. Wiele lat temu chodziłam na jogę do pewnego mądrego instruktora, który zawsze powtarzał, że nie zaleca nikomu pełnej diety wegetariańskiej w naszym klimacie, a szczególnie kobietom i dzieciom. Wzięłam sobie jego słowa do serca. W moim domu gości więc mięso, głównie drobiowe i sporadycznie ryby. Zaopatruję się wyłącznie na bazarkach, w sprawdzonych punktach sprzedaży mięs.  O mięsie nie będę się mocno rozpisywać. Już Wam dwa tygodnie temu wspominałam, że najbardziej lubię mięso pieczone, w mojej ulubionej uniwersalnej marynacie. Skupię się na warzywach, które są najważniejszym składnikiem mojej diety, obok owoców i kasz.

warzywa 1Kiedy byłam młoda, czy raczej MŁODSZA, to jadałam cztery, może pięć rodzajów warzywa na krzyż. Marchew, buraczki, kapusty, ziemniaki, brokuły, ewentualnie kalafior. Moja mama, babcia i ciocia potrafiły je dobrze przyrządzić, więc na ogół mi smakowały, lecz nie miałam jeszcze wówczas pojęcia, ile cudów można stworzyć z warzyw. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że będę jadła budyń z marchewki albo ciasto z dyni, to umarłabym ze śmiechu. A teraz to właśnie warzywa są podstawą mojej diety, a także czymś, co jadam po prostu najchętniej. Po kolei opowiem Wam teraz o moich warzywnych ulubieńcach.

Naprawdę nie wiem, kim bym obecnie była, gdyby nie bataty. Serio. To przepyszne warzywo odkryłam całkiem niedawno. Mogłabym pisać peany na jego cześć.  Bardzo mi odpowiada, pewnie dlatego, że lubię potrawy łączące smak słodki i pikantny. Kiedy podchodzę do mojego ulubionego straganu na bazarze, sprzedawcy już wiedzą, co dla mnie zapakować. Bataty, mleko kokosowe, migdały, płatki jaglane i morele ekologicznie suszone biorę za każdym razem. Bataty można po prostu ugotować, choć ja najbardziej lubię je w wersji pieczonej. Jeśli chodzi o gotowane bataty, to mam swoją ulubioną potrawkę warzywną, która powstała spontanicznie, inspirowana przepisem znajdującym się na kartoniku z mlekiem kokosowym.

SKŁADNIKI:
– 1 batat
– pół średniej dyni piżmowej
– 2 duże ziemniaki
– pół dużego bakłażana
– 2 marchewki
– inne ulubione warzywa
-kilka łyżeczek oliwy z oliwek
– mleko kokosowe (1-2 szklanki)
– 2 szklanki bulionu warzywnego (może być instant, np. Drobdar)

SPOSÓB PRZYRZĄDZENIA:
Warzywa kroimy na ok. 3-4 cm kawałki. Bakłażana uprzednio podsmażamy na patelni lub grillujemy w piekarniku z odrobiną oliwy. W garnku z szerokim dnem rozgrzewamy oliwę (musi być jej tyle, by zakryć dno), wrzucamy warzywa. Chwilkę je dusimy pod przykryciem (5-10 minut), następnie zalewamy dwiema szklankami bulionu (można wlać mniej lub więcej, w zależności od tego, ile jest warzyw – ważne, aby je całkowicie zakryć). Dodajemy mleko kokosowe i wszystko razem gotujemy tak długo, aż najtwardsze warzywa będą miękkie. Doprawiamy według uznania. Potrawę można podawać z mięsem i/lub z pieczywem.

Pieczone bataty mogą mieć formę frytek lub nieco bardziej wykwintnych dań. Frytki lubię przyrządzać z różnych warzyw jednocześnie. Biorę marchew, pietruszkę, pasternak, ziemniaki, bataty i seler. Wszystko kroję  paseczki, układam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, solę i skrapiam oliwą z oliwek. Piekarnik rozgrzewam do 200 stopni i piekę frytki na drugim od góry poziomie piekarnika, kontrolując dość często ich stan. Palce lizać! Można zajadać bez niczego albo z ulubionym sosem. Mój ulubiony przepis na bataty już znacie. Gdyby bataty nie były tak potwornie drogie, pewnie jadłabym to cudo codziennie.

Kolejnym, bardzo ważnym warzywem w mojej diecie jest dynia. Moja relacja z dynią była na początku dość burzliwa. Kiedy pierwszy raz przyrządzałam zupę dyniową, mój starszy syn miał półtora roku. Kupiłam wtedy kawałek dyni zwyczajnej, umęczyłam się setnie krojąc ją i obierając. Przygotowałam zupę według pierwszego lepszego przepisu z Internetu. Potrawa bardzo rodzinie smakowała, bo to coś nowego. Niestety, nagle, w tym samym czasie wszyscy zachorowaliśmy żołądkowo. Nigdy przedtem ani nigdy później nie zdarzyło się nam coś takiego. Czymś się zatruliśmy. Nie wiem, czy sprawcą była dynia, czy cebula (mam nietolerancję), czy jakiś wirus. Niemniej od tamtej chwili przez kilka lat miałam skojarzenie awersyjne, czyli dynia = śmiertelne niebezpieczeństwo. Uciekałam od niej jak najdalej. Zresztą, do tej pory nie jestem fanką dyni zwyczajnej. Na szczęście, w ubiegłym roku odkryłam dynię piżmową i to właśnie ona gości u nas najczęściej. Moja przyjaciółka podzieliła się ze mną również odkryciem, że dynię można upiec! Tę tajemną wiedzę posiadła dzięki Jadłonomii. Za namową przyjaciółki kupiłam książkę Marty Dymek, a także zaczęłam jeść kilogramami pieczoną dynię piżmową. Jak to się robi? Po prostu kroi się dynię na ćwiartki/ósemki, bez obierania jej i usuwania pestek (robi się to później, już po upieczeniu). Można następnie owinąć kawałki dyni w folię lub po prostu położyć w naczyniu żaroodpornym i skropić oliwą. Następnie pieczemy ją w 200 stopniach przez ok. pół godziny lub chwilę dłużej. Warto sprawdzać jej stan na bieżąco. Upieczoną, mięciutką dynię chwilkę studzimy, potem usuwamy łyżeczką pestki. Następnie możemy spożywać ją tak, jak się nam podoba. Ja najczęściej smaruję świeże pieczywo jeszcze ciepłym miąższem. Można też przygotować oliwę wymieszaną z czosnkiem i solą i zajadać pieczoną dynię polaną takim sosem. Możecie także użyć zblendowanej pieczonej dyni do zupy albo do deserów. Po więcej inspiracji odsyłam Was do Jadłonomii.

Innym warzywem, które jest dla mnie bardzo ważne jest bakłażan. Lubię go już nawet za sam wygląd, a w szczególności kolor. Jego smak przywodzi mi na myśl greckie wakacje i smak musaki. Moi domownicy bardzo lubią zapiekanki z bakłażanem. A ja najbardziej lubię pastę z pieczonych bakłażanów, czyli Babę Ghanoush. Polecam z całego serca!

warzywa 2

A co ze zwykłą, pospolitą marchewką? Wcale nie musi być taka pospolita! Można zrobić z niej frytki (jak powyżej), budyń marchewkowy a także upiec je w sposób bardziej wykwintny . Nie musi być wcale nudno! Podobnie rzecz się ma z pietruszką, która jest składnikiem najpyszniejszej zupy świata: zupy z gruszki i pietruszki. Moim najnowszym odkryciem jest także pasternak, czyli przypominający pietruszkę słodki wariant… selera. Sami spróbujcie, jaki jest pyszny!

Na  koniec podzielę się z Wami tajemniczym warzywem o nazwie topinambur. Ostatnio jest o nim głośniej. A ja do niedawna sądziłam, że topinambur to wytwór wyobraźni. Bardzo, bardzo dawno temu, za siedmioma lasami i górami, w moim rodzinnym mieście na południu Polski, pewien Ktoś opowiedział mi terapeutyczną bajkę. Do tej pory pamiętam jej tytuł: „Topinambur – czarodziejski korzonek”. Wówczas bajka ta pomogła mi w poradzeniu sobie z pewnym problemem. Przez lata byłam przekonana, że ten magiczny korzonek istnieje tylko w bajce. Możecie sobie wyobrazić moje zdumienie, gdy na bazarku zobaczyłam niepozorne, przybrudzone bulwy, podpisane magicznym słowem TOPINAMBUR. Oczywiście, musiałam kupić i wypróbować. Do tej pory przyrządziłam tylko zupę na bazie tego warzywa, ale zamierzam wykorzystywać je częściej. Wam także polecam (jak zwykle) wszelkie próby i eksperymenty. Jeśli nie będziecie działać i po prostu gotować, to nigdy się tego nie nauczycie. Powodzenia!

Drodzy czytelnicy, czytacie właśnie przedostatni wpis z mojego cyklu o zdrowej kuchni. Za tydzień podsumujemy całość. Napiszę Wam także, gdzie to wszystko kupować, ile trzeba na to przeznaczyć pieniędzy oraz bez czego nie da się obejść. A tymczasem życzę Wam dużo zdrowia, ciepła i słońca!

 

Magda  Kaźmierczak. Rocznik 1983. Matka dwojga, żona pewnego  Jednego Jedynego; doświadczony człowiek, wulkan energii. Psycholożka z zawodu, z zamiłowania pisarka i społecznica. Muzykuje, tańczy, medytuje i kocha zdrowy styl życia. Lubi dzielić się wiedzą, pomagać innym, łączyć ludzi ze sobą i patrzeć na ich rozwój. Nigdy się nie nudzi i z entuzjazmem patrzy w przyszłość. Po latach prowadzenia swojego bloga (Nietylkomama.pl) postanowiła pójść dalej.
Gdzie ją porwie, to się jeszcze okaże.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*