od punktu do stołu

Wielokrotnie pisałam, że paraliżuje mnie choćby sama myśl o matematyce i robię wszystko, żeby nie przekazać tego DemOlce. Mała odwrotnie – liczenie traktuje jako miły przerywnik od (mojego ukochanego) czytania i pisania. Delikatnie rzecz ujmując, taka różnica w tym, co przez nas ulubione i znienawidzone, nie ułatwia wspólnej edukacji domowej.
Wypracowałyśmy więc kompromis: przy pisaniu i czytaniu to ja więcej proponuję i pokazuję, jakie są możliwości; przy matematyce – DemOlka.

Od kilku dni coraz mocniej zauważam, że DemOlka uwielbia rysować używając linijki (którą dostała w prezencie) i ołówka, ale jednocześnie czuję, że te próby Ją z jakiegoś powodu frustrują. Dlatego – czając się i pocąc na samą myśl, co z tego wyjdzie – postanowiłam „ugryźć” z DemOlką geometrię.
Od lat gromadzę stare, polecane książki, dotyczące różnych dziedzin nauki. Przy matematyce jestem super-pozbawiona-kreatywności (że strachu, że coś poknocę) i dlatego na stół wjechała lektura duetu Żytomirski i Szewrin, z graficznym wsparciem Butenki.

DemOlka zasiadła nad swoim zeszytem linijkowo-ołówkowym i – wedle zamysłu książki – miała kolejno:
– rysować punkty,
– punkty łączyć w linie,
– potem rysować kilka przecinających się linii
– a następnie szukać punktów przecięcia

Ale – jak już dobrze wiem – nasze wspólne uczenie się prawie nigdy nie przebiega tak, jak sobie to (wcześniej) wyobrażam. DemOlka jest (znowu) chora, niewyspana, marudna i zdołowana tym, że jeszcze się jesień nie zaczęła, a u nas już sezon zarazkowy w pełni. Z jednej strony na milion pomysłów i chęci na minutę, z drugiej jest tak osłabiona, że po 5 minutach skupienia dosłownie zamykają Jej się oczy ze zmęczenia. To trudna mieszanka przy i ta mocno asertywnej Małej. Zanim dobrze zaczęła, to już miała dość, ale jednocześnie na rzęsach wisiały pierwsze łzy, że „nuuuuuda” i nie ma co robić. W przypływie rozpaczy/przebłysku geniuszu, zaczęłam dopytywać DemOlkę po co właściwie w życiu może się przydać taki „punkt przecięcia”: do czego Jej to może być. Mała bezradnie rozejrzała się po pokoju, a Jej wzrok zatrzymał się na ołówku murarskim, przypadkiem pozostawionym przez DemOlkowego Dziadka. A dalej to już było prawie jak w „Pomysłowym Dobromile” – niemal widziałam kiełkującą myśl!

Otóż: jak ołówek Dziadka – to remonty; jak remonty – to drewno; jak drewno – to wbijanie gwoździ; a jak gwoździe – to miejsce, które Dziadek zaznacza… Przestałam być potrzebna, a w salonie nagle pojawiły się narzędzia, gwoździe, śrubki i deski.

DemOlka rysowała linie i na nich robiła gwoździkowe punkty. Kiedy już doszła do (względnej) wprawy we wbijaniu, zaznaczała krzyżykami miejsca przecięcia linii, a potem – z dziką radością i wielkim hukiem – waliła młotkiem w główkę gwoździa, swoje palce, albo parapet. A im dłużej pracowała, tym bardziej Jej się to podobało. Wyraźnie opętał Ją szał twórczy.

I tak powstał w pracowni DemOlkowej pierwszy stół jadalny dla lalek. Stoi pewnie, nie wywraca się, a jutro ma być ba nim serwowana pierwsza proszona herbatka. W między czasie linie proste i punkty przecięcia prawie dosłownie – DemOlka wbiła sobie do głowy (łebka?). A ja znowu odetchnęłam z ulgą – matematyka nie musi być straszna. 😉

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*