Zmiana sposobu odżywiania – kwestie praktyczne, finansowe oraz parę rad od serca

Z zgodnie z obietnicą, w dzisiejszym wpisie chcę poruszyć kwestie praktyczne.

Oto kilka podstawowych pytań, które zadawali mi moi czytelnicy i znajomi:

  1. Czy dietę wprowadziłaś stopniowo czy gwałtownie?
  2. Czy robisz wyjątki (tzn. czy sobie folgujesz)?
  3. Jakie produkty ratowały Ci życie na początku?
  4. Gdzie to wszystko kupujesz?
  5. Jak bardzo jest to drogie?

Zanim na to wszystko odpowiem, chcę Wam przypomnieć moje najważniejsze zasady dotyczące gotowania (i życia w sumie też). Po pierwszeto Wasza kuchnia, Wasz styl, Wasze życie. Róbcie to, co chcecie, co Wam się podoba, co Wam pasuje i czego Wy pragniecie. Życie jest krótkie i nikt Wam nie powie, jak macie je przeżyć. Możecie czerpać inspiracje od innych ludzi, możecie zapoznawać się z przepisami, z blogami, czy cudzym ględzeniem, na przykład moim. Jednak to na Was spoczywa odpowiedzialność za to, jaki sobie wypracujecie styl. Nikt tego za Was nie zrobi! Testujcie, trenujcie, jak najwięcej gotujcie aż Wam coś będzie pasowało. Otwierajcie się na nowe możliwości, pamiętajcie jednak, co lubicie i co Wam najbardziej odpowiada i nowości dopasowujcie do swoich preferencji. Jeśli boicie się takiej odpowiedzialności, zarówno w kuchni, jak i w życiu, to znaczy, że nie jesteście gotowi żyć i gotować „na pełnej petardzie”.

Druga ważna zasada – nie utrudniajcie sobie życia. Chyba, że macie dużo wolnego czasu i zero dodatkowych obowiązków. Jeśli jednak macie pracę, dom, męża/żonę i/lub minimum jedno dziecko, to zawsze dążcie do prostoty. Wybierajcie potrawy łatwe i niewymagające dużych nakładów czasu i energii. Unikajcie stania nad patelnią, czy godzinnego szatkowania warzyw. Ja zazwyczaj wybieram pieczenie potraw, bo wystarczy wsadzić produkt do naczynia, zalać sosem, nastawić timer piekarnika, od czasu do czasu zajrzeć, czy nie spłonęło na węgiel – i gotowe. W międzyczasie można przygotować pozostałe składniki dania, nie tracąc niepotrzebnie czasu. Szukajcie także „ułatwiaczy życia” w postaci dobrego noża, obieraczki, piekarnika i blendera. W każdej szanującej się kuchni powinien być przynajmniej jeden dobry, bardzo ostry nóż. Jeśli chodzi o obieraczki, to jest to dobre miejsce na to, abym wyrzuciła z siebie spiętrzoną i kipiącą miłość do mojej nowej obieraczki z Ikei.  To małe, okrągłe, niepozorne cudo odmieniło raz na zawsze moje życie. Bierzesz ogórka, ziemniaka, czy co tam chcesz w jedną dłoń, w drugą chwytasz tę boską obieraczkę, głaszczesz warzywo dwa razy na krzyż i gotowe. Warzywa są idealnie obrane. Polecam gorąco. Piekarnik? Po latach używania gazowego piekarnika,  rok temu w końcu kupiłam elektryczny i powiem tak: gdyby ktoś kazał mi wrócić do gazowego, to bym się na niego śmiertelnie obraziła. Kocham swój piekarnik i nie wiem, jak to możliwe, że go kiedyś nie miałam. To samo tyczy się zmywarki do naczyń (którą także mam od roku, ach, cóż to był za cudowny rok!). O blenderze Wam już kiedyś pisałam. Blender musi mieć dobry silnik. Poza tym, po prostu, musi Wam odpowiadać. Ja przez lata miałam blender Braun, teraz Bosch i chyba ten pierwszy był  lepszy, ale może to kwestia przyzwyczajenia.

blender

Zasada trzecia – jeśli już jesteście w kuchni i gotujecie, to nie szarżujcie, nie spieszcie się i nie panikujcie, gdy coś Wam nie wyjdzie. Oczywiście, nie jest to łatwe, gdy mięso się przypaliło albo cały makaron przy odcedzaniu wpadł do zlewu. Łatwo się zniecierpliwić, gdy coś nam nie wychodzi. Bardzo łatwo. Powiem Wam jednak pewien wielki sekret: NIE WARTO SIĘ TYM PRZEJMOWAĆ.  I to koniec sekretu. Nie wyszło? Wyjdzie przy innej okazji. Nie warto się w kuchni spinać, bo tracimy wtedy przyjemność z przygotowywania i spożywania jedzenia. Dlatego też, gdy zapraszacie tuzin znajomych i chcecie ich wspaniale ugościć, nie wybierajcie przepisu, którego jeszcze nie sprawdziliście. Chyba, że jesteście już starymi wyjadaczami, bardzo pewnymi siebie w kuchni, wtedy możecie ryzykować.

A teraz wrócę do Waszych pytań. Dietę musiałam wprowadzić w zasadzie z dnia na dzień, gdy u mojej córki zaczęły się problemy z brzuszkiem i skórą pisałam o tym w pierwszym poście [kilk]. Bardzo chciałam karmić piersią, karmię nadal i planuję karmić póki nie uznam, że czas skończyć. Przejście na dietę, mimo iż wydawało mi się wyzwaniem, potraktowałam jako coś normalnego i oczywistego w tej sytuacji. Teraz, gdy córeczka ma już dziewięć miesięcy, ostrożnie folguję sobie od czasu do czasu. Zdarza mi się zjeść sporadycznie przetwory mleczne (np. masło, żółty ser, mozzarellę, twaróg), jednak naprawdę bardzo rzadko. Straciłam chęć na tego typu produkty, bo to, co jem teraz w zupełności mi wystarcza. Kiedyś wypijałam szklankę ciepłego, krowiego mleka na noc, a teraz po prostu nie mogę sobie tego wyobrazić.
Jeśli chodzi o gluten, to w tej chwili po prostu mocno go ograniczam. Staram się unikać głównie produktów na bazie pszenicy. Na samym początku jednak ograniczyłam całkowicie spożywanie glutenu i mleka wraz z przetworami. Co ratowało mi życie? Opisana przeze mnie szeroko kasza jaglana bezglutenowe przepisy Kwestii Smaku, bezglutenowa Inka (jest taka!), wielbiona przeze mnie Jadłonomia oraz dobre piekarnie, które mają w ofercie chleby bezglutenowe (np. piekarnia Piwoński ma nawet chleb jaglany!). Robiłam też mnóstwo smarowideł na kanapki, past z dyni, z suszonych pomidorów i wszelakich ziół.  Ratowała mi życie własna fantazja i inwencja twórcza w kuchni, która sprawiła, że kuchnia przestała być nudna. Dzięki zmianie diety, zmienił się także mój sposób myślenia o gotowaniu i wyszłam poza własne, utarte ścieżki.

owoce-1

A propos ścieżek, to przejdę płynnie do tego, gdzie kupuję te moje produkty. Jak zwykle odpowiedź jest prosta – tam, gdzie mam blisko. Nie lubię tracić czasu, więc wybieram miejsca położone w tzw. „foot distance” od mojego miejsca zamieszkania. Bardzo lubię wychodzić na spacer z córeczką i w tym czasie robić zakupy na pobliskim bazarze. Bazarki rządzą światem! To jest zupełnie inna kultura handlowa. Jedna z moich zasad brzmi: kupuję jedzenie od ludzi, których lubię. Mam pod Halą Marymoncką ulubiony stragan z warzywami. Kupuję właśnie tam, bo lubię ludzi, którzy tam sprzedają. Dlatego też do tego straganu jest zawsze największa kolejka, mimo iż stragany obok mają dość podobny asortyment. Mam też swoją ulubioną budkę z mięsem i swój wybrany sklep z wędlinami. Przy okazji zakupów lubię zamienić parę słów ze sprzedającymi. To są często bardzo ciekawi, inspirujący ludzie. Rzeczy większe i cięższe zamawiam przez Internet. Dość duży wybór zdrowej żywności ma obecnie internetowe Tesco. Nie sprawdzałam jeszcze Lokalnego Rolnika, ale mam taki plan.

Na koniec sprawa wydatków. Faktycznie, gdy zaczynamy jeść bardzo zdrowe, wyselekcjonowane produkty, nagle może się okazać, że nasz portfel jest zdecydowanie na to za chudy. Niektóre z produktów, o których wspominałam, to produkty szczególnie kosztowne. Drogie są na przykład dobre migdały, dobrej jakości mleko kokosowe, bataty czy syrop z agawy czy klonowy. Jednak to nie jest tak, że mleka kokosowego używam tak dużo, jak zwykłego mleka. Batatów nie jem tak często jak ziemniaków. Syropów też nie stosuję tak dużo – są one jedynie dodatkiem do wybranych potraw. Napoje słodzę niewielką ilością cukru trzcinowego lub wcale.  Mięso kupuję na bazarze, więc nieco drożej niż w markecie. Jednak gdybym nie mogła sobie na to pozwolić, pewnie kupowałabym mięso w Biedronce i też byłoby ok. Podstawowe produkty z mojej diety nie są wcale drogie. Płatki jaglane kosztują ok. 12-15 złotych za kilogram, a kasza jaglana jeszcze mniej (ja kupuję po 4 zł za kilogram, na wagę). Sezonowe owoce i warzywa nie są dużym wydatkiem. Przecież nie wydajemy kokosów na marchew! Pozostając w temacie kokosa – olej kokosowy jako wydatek jednorazowy też wydaje się drogi (ok. 20 złotych za słoik 500g), jednak wcale tak nie jest, bo używa się go dużo mniej niż zwykłego oleju. Wykwintnie brzmiące składniki moich potraw, takie jak tapioka czy tahini też nie są wcale drogie! Tahini można przyrządzić samodzielnie z sezamu i oliwy, a tapioka to wydatek rzędu 5-7 złotych za paczkę, która wystarczy na kilka dobrych deserów. Chyba najdrożej z tego wszystkiego wychodzą mleka roślinne. Wiele znanych mi osób przyrządza je samodzielnie, mnie się jednak do tej pory nie udało wyprodukować mleka roślinnego, które dałoby się spożyć bez odruchu wymiotnego. Będę próbowała dalej, ale póki co mleko i kokosowe kupuję na bazarku, po jednym mleku na tydzień. A zatem, jeśli chce się zdrowo jeść, to można. Brak funduszy nie powinien być tu wymówką. Trzeba tylko szukać, szperać, wybierać – aż znajdzie się miejsca,  w których można zdobyć dobre produkty za niską cenę.

Drodzy Czytelnicy, nadszedł ten moment, w którym się z Wami żegnam. Bardzo mi było miło pisać dla Was. Bardzo lubię dzielić się wiedzą i doświadczeniem. Mam cichą nadzieję, że może znajdą się wśród Was tacy, którzy dadzą się przekonać do mojej kulinarnej filozofii. Życzę Wam przyjemnego podążania własnymi ścieżkami kulinarnymi, odkrywania ulubionych smaków i rozkoszowania się własnym stylem kulinarnym.

Dużo dobrego w życiu i na talerzu!
foto_MKMagda  Kaźmierczak. Rocznik 1983. Matka dwojga, żona pewnego  Jednego Jedynego; doświadczony człowiek, wulkan energii. Psycholożka z zawodu, z zamiłowania pisarka i społecznica. Muzykuje, tańczy, medytuje i kocha zdrowy styl życia. Lubi dzielić się wiedzą, pomagać innym, łączyć ludzi ze sobą i patrzeć na ich rozwój. Nigdy się nie nudzi i z entuzjazmem patrzy w przyszłość. Po latach prowadzenia swojego bloga (Nietylkomama.pl) postanowiła pójść dalej.
Gdzie ją porwie, to się jeszcze okaże.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*