Na Tahiti w bikini – czyli czym jest pasta tahini?

Witajcie, Drodzy Czytelnicy!

Jeśli spodobały Wam się moje dotychczasowe hity z kuchni, to zapraszam dziś na kolejny odcinek. Tym razem pochylę się nad tajemniczą i fascynującą pastą tahini. „A cóż to jest?” – pewnie zapytacie, jeśli nie wiecie. Na pierwszy rzut ucha nazwa kojarzy mi się z Tahiti i bikini, czyli po prostu z czymś egzotycznym.  Jest to pasta sezamowa, używana w kuchni bliskowschodniej i azjatyckiej, bardzo prosta  w wykonaniu i jednocześnie wykwintna. Wspaniale nadaje się do wielu potraw, zarówno pikantnych, jak i słodkich.

Moja pierwsza przygoda z tahini miała miejsce wiele lat temu, gdy mój mąż, mówiąc nieładnie, napalił się na hummus. A że jest z niego bardzo męski typ, stwierdził więc, że sam ów hummus zrobi, w myśl zasady, że musi mu się to udać, skoro innym się udaje. Od razu powiem, że zazwyczaj jest tak, że czego by się mój mąż nie tknął, wychodzi wspaniale. Poza hummusem. To były takie czasy, że nie można było kupić gotowej pasy tahini w co drugim sklepie. Mój mąż postanowił więc zrobić ją sam. Efekt był, delikatnie mówiąc, mizerny. Ani tahini, ani hummusu zjeść się nie dało. Na pewien czas daliśmy sobie spokój z hummusem i wróciliśmy do smutnej, typowo polskiej diety mięsno-ziemniaczanej.

Kilka lat temu wróciliśmy do fascynacji hummusem, a specjał ten stał się coraz szerzej dostępny na naszym rynku. Kiedy na Żoliborzu otworzył się Hummusbar, byliśmy tam częstymi gośćmi. Kiedy zaszłam w drugą ciążę i już nie zawsze chciało mi się biegać na Plac Inwalidów, zamawiałam hummus do domu. Potem miałam dłuższą przerwę w swej hummusowej  przygodzie. Musiałam uważać na wszystko, co jem, z uwagi na dolegliwości brzuszkowe córeczki i zwyczajnie bałam się sięgać po dania wykraczające poza strefę komfortu. Jednak pewnego dnia obudziłam się z bolesną potrzebą pożarcia hummusu. Nie wiem, czy po prostu całym swym jestestwem chciałam zamanifestować, iż jestem gorszego sortu (choć nie jeżdżę na rowerze… jeszcze!), czy też mój organizm podpowiedział mi, że czegoś mi brak. Od kiedy zagłębiłam się w ten temat, jestem skłonna mocno uwierzyć w tę drugą przesłankę. Podobnie jak podczas ciąży, także i teraz, podczas karmienia piersią, organizm sam podpowiada mi, czego mu potrzeba. Uważam, że należy słuchać intuicji i podszeptów swojego ciała. „Zachcianki”  nie biorą się z kosmosu, one biorą się z nas. W pierwszej ciąży bez przerwy jadłam pomidory. Święcie wierzę, że mojemu organizmowi brakowało czegoś, co jest w pomidorach – obstawiam potas. W drugiej ciąży moją największą zachcianką był chrzan. Przez całą ciążę borykałam się z zatkanymi zatokami i chrzan świetnie się sprawdzał, udrożniając drogi oddechowe. Tak jak już Wam pisałam, po narodzinach córeczki dość szybko musiałam przejść na dietę bezmleczną i bezglutenową. O ile glutenu nie trzeba niczym zastępować, bo sam w sobie odżywczy nie jest, a bez białych buł i pszennego makarony da się żyć , to z mlekiem miałam trochę większy problem. Mimo iż po pierwszej ciąży nie musiałam ograniczać nabiału, po skończeniu karmienia byłam totalnie odwapniona.  Jak się o tym dowiedziałam? Przez przypadek. Poszłam na imieninowy piknik mojej przyjaciółki do parku Skaryszewskiego. Było przemiło, cudna pogoda, idylliczna atmosfera jak z obrazów Renoira. Owoce, ciasta, ciasteczka. Spojrzałam łakomie na ciasteczka zbożowe. Teraz bym pomyślała: „O fuj, gluten!” i pewnie bym się zadowoliła winogronem, ale wtedy rzuciłam się na ciasteczko. Z rozkoszą zatopiłam w ciastku zęby. Niestety, okazało się, że jeden zatopiłam na dobre, ponieważ najzwyczajniej w świecie ułamała mi się prawa górna piątka. Pół zęba zostało na zawsze w glutenie. Nie muszę Wam chyba opowiadać o drodze przez mękę jaką później przeszłam zanim znalazłam właściwego dentystę, który mi pomógł. Niestety, kilka miesięcy później, potwornie rozbolał mnie kolejny ząb, tym razem prawa dolna szóstka. Wyglądała idealnie, nie było śladu próchnicy z zewnątrz. Jednak, gdy dentysta ją rozwiercił, okazało się, że pod spodem jest spore odwapnienie. Zdaniem lekarza przyczyną była niewłaściwa dieta podczas karmienia piersią. Pamiętajmy, że gdy karmimy, dziecko czerpie z naszych zapasów. Naszym zadaniem jest te zapasy uzupełniać z pomocą właściwego odżywiania. „A co do ma do tahini?” – pewnie się zastanawiacie. Wbrew pozorom ma to wiele do tahini. Wróćmy na chwilę do zachcianki na hummus.  Skoro już zachciało mi się tego dnia hummusu, postanowiłam iść na łatwiznę i zamówić dowóz z restauracji. Niestety, okazało się, że już od pewnego czasu restauracja nie oferuje dowozu. Moje rozczarowanie było wielkie, ale chęć zjedzenia hummusu  – jeszcze większa. Postanowiłam więc, że zrobię sama to cudo. Oczywiście, trochę się bałam, mając w pamięci doświadczenie mojego męża. Postanowiłam więc sięgnąć po przepis z bloga, który mnie jeszcze nigdy nie zawiódł, czyli z Kwestii Smaku. Nie zgadniecie, co jeszcze! Akurat tak się złożyło, że wśród swoich zapasów miałam bardzo dobrej jakości pastę tahini, zakupioną dawno temu w Tesco. Kupując ją wtedy nie miałam pojęcia, do czego chcę ją wykorzystać. Skusiło mnie ładne opakowanie i dobra cena. Po odkręceniu słoika zachwyciła mnie kremowa konsystencja pasty, a także wspaniały zapach, przywołujący wspomnienie pierwszej chałwy jaką w życiu jadłam. Ale spokojnie, jeśli nie macie Tesco pod nosem, ani innego sklepu z takimi cudami – pastę tahini można zrobić też samodzielnie.

Oto przepis na hummus, a w nim znajdziecie również przepis na domowe tahini.

Ten hummus wyszedł naprawdę wspaniały. Z zaspokojeniem żądzy musiałam chwilę zaczekać, gdyż najpierw trzeba było namoczyć ciecierzycę przez całą noc i dopiero następnego ranka skończyłam to cudo. Hummusu wyszło naprawdę bardzo dużo. Udało mi się obdzielić nim przyjaciół, a sami zajadaliśmy się nim jeszcze przez tydzień. To bardzo dobrze, wiecie dlaczego? Dlatego, że już post factum, czytając o tahini, hummusie i sezamie, dowiedziałam się, że poza makiem, to właśnie sezam i tahini są najbogatszym źródłem wapnia, rekomendowanym dla osób będących na diecie. Odsyłam do lektury.

Ostatnio moja przyjaciółka zastanawiała się, do czego wykorzystać resztę pasty, gdy ma się cały słoik. A ja już wiem i Wam powiem. U mnie jeden słoik tahini wystarcza na parę dni. Jak już pisałam niedawno w artykule o kaszy i płatkach jaglanych, dodaję łyżeczkę tahini do swojej porannej jaglanki. Mam też dwa przepisy na potrawy, które zwaliły z nóg zarówno moich domowników, nawet tych najbardziej sceptycznie nastawionych (czytaj: mój mąż), jak i odwiedzających nas gości.

Poniżej znajdziecie przepis na przepyszne, całkowicie wegańskie danie główne (choć zdaniem mojego męża to jest raczej przystawka, ale czego można się spodziewać po wysportowanym mięsożercy) – pieczone bataty z sosem tahini. Wygląda pięknie i smakuje jeszcze lepiej. Przepis pochodzi z Jadłonomii (Jak ja kocham ten blog!).

Przepis ten odrobinę modyfikuję, dodając syropu  z agawy na etapie pieczenia batatów (polewam je syropem tuż przed włożeniem do piekarnika). Odrobinę słodyczy dodaję też do sosu tahini (może być syrop z agawy lub klonowy).

A teraz czas na przepis na najpyszniejszy deser, który kiedykolwiek gościł w naszym domu. Konkurować może z nim jedynie smak banoffee pie. Połączenie smaków i faktur w tym cieście jest absolutnie genialne i chylę czoła przed Kwestią Smaku za ten wyczyn. Jest to mazurek tahini z granatem. Koniecznie na bezglutenowym spodzie.

 

Muszę już kończyć, bo strasznie zgłodniałam. Za tydzień opowiem Wam o różnych zielskach, ziółkach i wszelakiej zieleninie. Do zobaczenia!

A

foto_MKMagda  Kaźmierczak. Rocznik 1983. Matka dwojga, żona pewnego  Jednego Jedynego; doświadczony człowiek, wulkan energii. Psycholożka z zawodu, z zamiłowania pisarka i społecznica. Muzykuje, tańczy, medytuje i kocha zdrowy styl życia. Lubi dzielić się wiedzą, pomagać innym, łączyć ludzi ze sobą i patrzeć na ich rozwój. Nigdy się nie nudzi i z entuzjazmem patrzy w przyszłość. Po latach prowadzenia swojego bloga (Nietylkomama.pl) postanowiła pójść dalej.
Gdzie ją porwie, to się jeszcze okaże.

 

 

2 Trackbacks & Pingbacks

  1. Baba z jajami, czyli o moich wielkanocnych nie-przygotowaniach. – Weź się za siebie!
  2. Baba z jajami, czyli o wielkanocnych nie-przygotowaniach |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*