mydlane błotko

Tegoroczna jesień upływa u nas pod znakiem różnorakich prac, pobudzających zmysł dotyku. Dom pachnie na zmianę pianką do golenia, ciastem, bądź ziemią, a większość mebli pokryła się cieniutką warstewką sody oczyszczonej. Dzieci chodzą zachwycone, matka na przemian wpada w szał testowania oraz w rozpacz pod tytułem „jak my Was doszorujemy”.  W ten sposób powstał pomysł stworzenia takiej masy plastycznej, która już w trakcie zabawy pomogłaby doczyścić paznokcie z resztek plasteliny.

W wersji podstawowej w ruch poszło mydło, papier toaletowy i woda.

W wersji „delux” dzieci użyły także namoczonej krepiny i brokatu.

Mydło trzemy na tarce (na grubych oczkach), papier toaletowy drzemy na malutkie kawałki.

Okazuje się, że starcie mydła to wcale nie taka łatwa sprawa. Najpierw próbowała DemOlka, potem stery przejął starszy Tolek, a na końcu dzieci posiłkowały się tatusiną siłą trącą.

 

4,5-letniej DemOlce bardzo spodobało się darcie papieru. Była zabawa w mumię (akurat wypadło Haloween), toczenie papieru po całym pokoju, aż w końcu zaczął padać papierowy śnieg. Samo rozdzieranie papieru było niezłym ćwiczeniem dla dłoni. DemOlka badała jak trzeba ułożyć papier, żeby darło się najszybciej, odkryła, że jak źle złapie, to sama w ogóle nie da rady przerwać. W ten sposób doszliśmy do etapu, kiedy skrawki papieru toaletowego były dosłownie wszędzie, ale – wbrew – pozorom sprzątanie „śniegu” nie trwało długo. Obietnica zabawy „w błoto” dodała Córce energii.

Natomiast w lekką obawą patrzyłam na naszego 10-latka. Skaleczył się na samym początku, przy tarciu mydła, co już na początku nastawiło Go negatywnie do „tych wygłupów”. W prawdziwie nastoletnią pozą pokazywał nam, jak bardzo Mu się nie podoba to, że oderwałyśmy Go od dobrej książki.

Starte mydło i podarty drobno papier toaletowy mieszamy. Następnie dolewamy wody (pamiętając, żeby była bardzo ciepła; letnie woda nie rozpuści płatków mydlanych). W tym momencie dzieci wpadły na pomysł zabarwienia masy. Wrzuciliśmy do ciepłej wody krepinę (barwnik z krepiny barwi wodę). Po chwili dolaliśmy ją do miski (razem z fragmentami krepiny). I dosypaliśmy brokatu.

Mniej więcej w tym momencie Tolek porzucił kwaśną minę i było widać, że zabawa i Jego wciągnęła.

Zrobiliśmy jeden błąd – ponieważ nie mogliśmy doczekać się różowej masy, nie podarliśmy krepiny przed wrzuceniem jej do wody. Okazuje się, że namoczona, namydlona krepina przestaje być taka łatwa do podarcia i potem solidnie męczyliśmy się, żeby pozbyć się różowych „fusów”.

Po zabawie jeszcze długo dzieci pięknie pachniały mydłem.

Zabawa trwała w sumie prawie trzy godziny. A kiedy dzieci już poszły spać, ja sama z przyjemnością zanurzyłam ręce w misce. Nasze mydlane błoto jest niesamowicie delikatne w dotyku, miękkie i puszyste – sama bawiłam się nim z przyjemnością. Trochę jak piana, trochę jak mus. Udało mi się nawet ulepić błotnistą, różową kulkę.
Rano dzieci zerwały pokrywkę z miski i zaczęły sprawdzać konsystencję masy – nic się nie zmieniło. Masa jest dalej miękka i puszysta. DemOlka zrobiła różowy tort, a w ruch poszły talerzyki i łyżeczki. Zabawa zaczyna się od nowa.
Uwaga: mimo pozornej delikatności i miałkości masy, działa ona jak kit. Kiedy przestanie być potrzebna najlepiej wyrzucić ją do kosza na śmiecie. Zatyka wszystkie odpływy w umywalkach i zachodzi duże prawdopodobieństwo, że toaleta również by się zatkała.
post powstał na potrzeby serwisu czytoczary.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*