Wczoraj pisaliśmy o radości brudnego dziecka. Dziś, kontynuując temat, napiszemy co ma wspólnego galaretka z rozwojem małego człowieka. Otóż: dwa lata temu mieszkałam w Niemczech i brałam z córką udział w cyklicznych zajęciach grupy przedprzedszkolnej, organizowanych przez Leipzig International School. Bywało ciekawie, zdarzało się, że było niezwykle grzecznie, czasem nudno, niekiedy pomysłowo, wielokrotnie było rozrywkowo i kilka razy bardzo brudząco. Ten ostatni rodzaj zajęć to ten, który nam najbardziej przypadł do gustu i dlatego postanowiłam go opisać.

Najpierw minimalna dawka teorii:

Otóż, mała motoryka to sprawność ruchowa małych mięśni palców rąk i nóg, języka, warg i oczu. Duża motoryka to sprawność ruchowa dużych mięśni ramion, nóg i tułowia. Mówiąc krócej motoryka mała to sprawność dłoni i palców, zaś motoryka duża to sprawność fizyczna całego ciała.

Zła wiadomość jest taka, że motoryka nie przysługuje nam za szlachetne urodzenie, tj. musimy ją stale ćwiczyć poprzez ruch (przypadkowy oraz celowy).

Dobra wiadomość to fakt, że małą motorykę ćwiczymy poprzez dotyk, rysowanie, zabawy różnorakimi masami plastycznymi (dlatego w naszym domu tak je lubimy!), chwytanie, zapinanie guzików, wiązanie sznurowadeł, w końcu – pisanie. Motorykę dużą ćwiczymy bieganiem, skakaniem, balansowaniem, itd. Jeśli rozwój motoryki przebiega bez zakłóceń jest świetnymi podwalinami do nauki pisania, czytania, koncentracji, orientacji przestrzennej i koordynacji wzrokowo-ruchowej; i odwrotnie – jego zakłócenia bardzo utrudniają życie małego (i dużego) człowieka, np. Dziecko z dysfunkcją dotykową często zaciska dłonie w pięści, lub trzyma je w kieszeniach, aby uniknąć wrażeń dotykowych […] jest często niezaradne, robi duży bałagan podczas jedzenia, może niewyraźnie mówić i mieć niedojrzałe umiejętności językowe. […] Im mniej robi, tym mniej będzie potrafiło zrobić. W świecie, w którym obowiązuje zasada, że narząd nieużywany zanika, dziecko takie jest na straconej pozycji*.

I tak dochodzimy do praktyki:

Ćwiczymy małą motorykę od urodzenia – poprzez dotykanie różnych faktur, materiałów o różnej strukturze i temperaturze. Możemy wspomóc trening naszego dziecka podsuwając Mu kulki papieru, folii spożywczej czy filcu  (oczywiście, musimy pilnować, żeby te wymyślne pomoce naukowe nie zostały pożarte, zanim zostaną ugniecione). Kolejne skomplikowane ćwiczenia to moczenie dłoni w wodzie, turlanie piłeczek, dotykanie zabawek. Możliwości jest ogrom i – świadomie lub nie – z wielu korzystamy każdego dnia. (W ogóle dotyk jest niesłychanie ważny w rozwoju człowieka i już nie długo napiszą o tym nasi specjaliści od integracji sensorycznej oraz od chustonoszenia i masażu Shantala). 

Jedno z pierwszych ćwiczeń małej motoryki, z któego można zrobić milion naprawdę fajnych zabaw to chwytanie. Dzięki ciągłemu treningowi dziecko stale je ulepsza i ćwiczy koordynację oko-ręka (tj. oczy kierują działaniami z zakresu motoryki małej); może próbować chwytać np. kluski lub zakrętki, zatopione w galaretce. 🙂

Kolejna ważna umiejętność to przenoszenie (transfer) substancji przy pomocy łyżek, lub po prostu chwytu szczypcowego. Przenoszenie m.in. się trzęsącej się galaretki małą łyżeczką to niezłe wyzwanie.

Nieco później można przejść do treningu przelewania. Dorosły człowiek przelewa i nalewa wiele razy każdego dnia. Mały człowiek musi się tego nauczyć. Można zacząć od “nalewania” ziaren fasoli, piasku czy ryżu, stopniowo przechodząc do gęstych cieczy… np. stosunkowo rzadkiej galaretki, a na wodzie kończąc. (zabarwienie wody ułatwia dzieciom to zadanie i czyni je bardziej atrakcyjnym).

Galaretka, galaretka, galaretka…. To właśnie to, co spodobało nam się najbardziej. A dokładniej: galaretka, kisiel, pianka i żel do golenia, kluski (ugotowane i surowe), piasek oraz woda; plus kilka misek, miseczek, łyżek i sporych pojemników.  Początkowo to połączenie brzmiało egzotycznie i dzieciaki potrzebowały nieco czasu na oswojenie się, ale potem DemOlka ruszyła do ataku, a reszta poszła za Nią.

Tu garść ostrzeżeń:

  • to naprawdę BRUDZĄCE propozycje i trzeba odpowiednio zabezpieczyć podłogę,
  • trzeba także wymyślić co i jak zrobić, żeby nie zrobiło się BARDZO ŚLISKO,
  • proponuję zawczasu przemyśleć w co ubierzemy (lub raczej: z czego rozbierzemy) naszą latorośl,
  • i odpowiednio dostosować TEMPERATURĘ pomieszczenia, do mokrego, brudnego człowieczka
  • i pogodzić się z tym, że być może spędzimy więcej czasu na sprzątaniu, niż dziecko na zabawie

A na koniec dodam, że nie wszystkie mamy i nie wszystkie dzieci były tą zabawą zachwycone. Jeden chłopiec nie odważył się pobrudzić rąk. Jedna Mama nie dała swojemu dziecku zdjąć ubrań i pilnowała, żeby niczym się nie pobrudziło. Jedno dziecko spróbowało pomieszać łyżką galaretkę z pianką, a następnie wycofało się w bezpieczne objęcia Mamy. DemOlka i maleńka Nessa najchętniej wytarzałyby się w każdej misce po kolei i właściwie nie wiem, co je powstrzymało…

 

Motoryka mała, duża, koordynacja ręka-oko, chwytanie, transfer, … dużo poważnych pojęć, mądrze brzmiących wyrazów i grożenia, że to, co robi teraz dziecko w trakcie “treningu” odbije się na całym jego życiu. Racja. Ale pamiętajmy, że przede wszystkim mamy dzieci kochać, przytulać, bawić się z nimi i dawać im być sobą. A jeśli podejrzewamy, że nasze dziecko cierpi na jakieś zaburzenia, idźmy do specjalisty, bo działaniem “w ciemno”, bądź nieprzyjmowaniem do wiadomości, że “coś może być nie tak” możemy też solidnie zaszkodzić… Ale galaretkę z kluskami i zakrętkami koniecznie wypróbujcie. To naprawdę fajna zabawa! 

Małgorzata Wojnar

 

*str. 94-95 “Nie-zgrane dziecko. Zaburzenia przetwarzania sensorycznego – diagnoza i postępowanie”, C.S. Kranowitz

Bibliografia:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *