KOKOS – Smak Raju

Pamiętacie starą reklamę batonika Bounty z lat dziewięćdziesiątych? Plaża, ocean, ciepło, kokos, palmy, piękni ludzie, miłość, szalejące zmysły, a na końcu ten słynny, wypowiadany szeptem slogan: „Bounty – Smak Raju”?

Oczywiście, baton Bounty to samo świństwo. Ale jak widać na filmie, zjedzenie go daje nam gwarancję, że znajdziemy się na tropikalnej wyspie i będzie nas zza palm podglądał opalony, umięśniony facet. A tak poważnie, to niesamowite jak silnie oddziałują na nas reklamy, zwłaszcza te znane z dzieciństwa.  Teraz kokos kojarzy mi się z rozkoszą, rajem, jakąś absolutnie cudowną substancją, mimo, iż przez ponad trzydzieści lat znałam smak i zapach kokosa głównie z kokosanek i Raffaello. Znam parę osób, które nie chcą dać się za nic w świecie przekonać do mleka i oleju kokosowego, bo mają traumę. Mają uraz przez te potworne kokosanki właśnie, peerelowski przysmak od siedmiu boleści. Rozumiem ten ból, ale polecam wszystkim raz na zawsze zmienić podejście.  Nie ma, że fuj, niedobre, nie tknę, bo kiedyś jadłem/jadłam, nie smakowało mi i koniec.  Ja też tak kiedyś myślałam. Teraz myślę inaczej: Tknę to, kiedy mi ktoś powie, jak to dobrze przyrządzić albo po prostu – sam dobrze przyrządzi i mi podsunie pod nos.  Obiecuję, że dam nawet szansę tofu. Podejście „nigdy nie zjem…” (wstaw dowolnie: jaglanki, bezglutenowej pizzy, wegańskiego pasztetu) wyrzućcie do kosza!  Do tego samego kosza wyrzućcie podejście: Nic mi nigdy w kuchni nie wychodzi. Z takim nastawieniem, czy do kuchni, czy do czegokolwiek innego GWARANTUJĘ, że Wam faktycznie nic się nie uda. To jak macie myśleć? Polecam myśleć tak: Spróbuję! Jak nie wyjdzie – trudno. Wyjdzie następnym razem. Trzeba mieć przekonanie, że się potrafi coś robić, być sprawczym. Nie nastawiać, że nie wyjdzie, bo faktycznie nie wyjdzie. Należy także wybierać rzeczy proste. Wszystkie przepisy, które wybieram są łatwe w wykonaniu. Czasami zdarzy mi się zrobić coś bardziej skomplikowanego, ale niezmiernie rzadko. Nie lubię sobie utrudniać życia, a także nie znoszę tracić czasu. Wierzę, że w prostocie tkwi siła i to nie tylko w kuchni.

Wracając  do bohatera dzisiejszego wpisu, czyli kokosa. Moja namiętna przygoda z kokosem zaczęła się w drugiej ciąży. Pod koniec pierwszego trymestru, wymęczona potwornymi całodobowymi mdłościami, wybrałam się na Targi Slow Market, które odbywały się w Soho Factory. Snułam się po targach tam i z powrotem szukając czegoś dla siebie. Ubrania chwilowo zupełnie mnie nie interesowały, bo wiedziałam, że czeka mnie etap spektakularnej zmiany kształtów, a nie wiedziałam w jakiej formie będę po porodzie. Węszyłam więc w poszukiwaniu nowości. No i trafiłam na małe stoisko kosmetyczne. Tam pewna pani mnie zagadała i cichaczem podsunęła mi pod nos słoiczek z olejem kokosowym. Czas stanął w miejscu, rzeczywistość zawirowała, ale nie z powodu ciążowych mdłości. Poczułam się jak zakochana nastolatka. Ten zapach, tan smak, ten obłoczkowaty wygląd oleju kokosowego sprawiły,  że miałam ochotę cała się w nim zanurzyć. Najlepiej na zawsze. Kupiłam więc pierwszy słoiczek i od tego się to wszystko zaczęło. Przez całą ciążę i po porodzie używałam tego oleju do ciała i do włosów. Jest idealny. Pięknie się wchłania, cudnie pachnie, odżywia włosy i nadaje im blasku. Używam go do ciała na zmianę z czystym olejem ze słodkich migdałów. Polecam wypróbować ciepłą kąpiel w wannie z dodatkiem łyżki oleju kokosowego. Jakiś czas temu postanowiłam wypróbować olej kokosowy również w kuchni. Tym bardziej, że naczytałam się o nim tak wielu wspaniałych rzeczy.

Olej kokosowy jest niealergizujący, przeciwgrzybiczny, przeciwbakteryjny, przeciwwirusowy. Zawiera poza tym wiele cennych substancji budulcowych dla naszego organizmu. Nie będę się na ten temat rozpisywać, bo możecie to wszystko sprawdzić w Internecie. Jedno jest pewne – w kuchni ten olej sprawdza się również idealnie. Ten nierafinowany,  tłoczony na zimno przeznaczony jest do użytku również „na zimno”. Co to znaczy? Otóż oznacza to, że nie należy go podgrzewać. Można dodać do ugotowanej potrawy już po jej przyrządzeniu. Jak już pisałam poprzednio, dodaję go do mojej porannej jaglanki. „Zwykły” olej kokosowy nadaje się do smażenia i pieczenia. Olej kokosowy być stałym elementem diety osób przewlekle chorych, kobiet w ciąży, matek karmiących. Zaleca się również dodawanie go do potraw serwowanych dzieciom, a nawet niemowlętom. Znam osobiście kilka osób, które używają go również jako wybielającej pasty do zębów oraz robią z niego naturalny antyperspirant. Do tych pomysłów jeszcze się nie przekonałam, ale wszystko przede mną. Podstawowym elementem mojej filozofii życiowej jest mówienie życiu TAK, więc może i przytaknę tym pomysłom.

A  teraz czas na konkretne przepisy z wykorzystaniem oleju kokosowego:

  1. Moje stosunkowo niedawne odkrycie to naleśniki z mąki jaglanej według Kwestii Smaku – naprawdę pyszne, dużo delikatniejsze w smaku niż te z mąki pszennej. Całkowicie bezglutenowe. Mleko krowie można zastąpić dowolnym mlekiem roślinnym. Ja lubię naleśniki w wersji pikantnej, z pastą z suszonych pomidorów i dobrą wędliną.
  2. Creme Brulee jaglane – zaskakująco kremowy, fenomenalny deser autorstwa Marty Dymek. U nas pierwszy raz zagościł parę dni temu, ale na pewno jeszcze wróci. Nawet mój mąż, który sceptycznie podchodzi zazwyczaj do moich „wynalazków”, zajadał ten cud z rozkoszą.

Creme brulee

Drugim przetworem kokosa, który zagościł na stałe w mojej kuchni, jest mleko kokosowe. Nie chodzi tu o byle jakie mleko, a już na pewno nie chodzi  o mleczko kokosowe z puszki. Chodzi o aksamitne, kremowe, czyste mleko kokosowe z niewielką domieszką wody. Ma konsystencję tłustej śmietanki, jednak nie wytrąca się z niego olej i nie jest tak papkowate jak mleko z puszki. Takie mleko kokosowe można kupić wyłącznie w opakowaniu kartonowym! Nie chodzi też o napój kokosowy, zawierający śladowe ilości mleka kokosowego, składający się głównie z wody, cukru, „wzbogacony” jakąś chemią i witaminami. (Przy okazji pragnę Was uczulić na to, abyście zawsze sprawdzali, co kupujecie). Patrzcie na etykiety, na skład produktów. Jedyne słuszne mleko kokosowe to takie sprzedawane w kartoniku, składające się wyłącznie z mleka kokosowego (min. 60%) i wody. Resztę należy omijać szerokim łukiem. O innych mlekach roślinnych napiszę innym razem.

Wspomniane powyżej jedyne słuszne kartonikowe mleko kokosowe jest u mnie w domu obowiązkowym składnikiem zup – kremów. Wymieszane pół na pół z wodą jest także bazą do gotowania  jaglanki, kaszy, ryżu oraz wszelakich potrawek z warzyw i mięsa. Takie mleko można także ubić zamiast zwykłej śmietany i urozmaicać nim desery.

  1. Jest także składnikiem mojego ulubionego deseru z tapioki. Deser ten przepięknie pachnie i cudnie wygląda. Najważniejsze w przygotowaniu go jest to, aby kupić odpowiednią tapiokę (polecam tę drobną typu pearl, kosztuje ok. 6-7 zł, dużo szybciej się gotuje i wystarczy na ok. 6 deserów) i odpowiednio długo ją gotować. Ugotowane kuleczki są całkowicie przezroczyste. Jeśli jest w nich nawet odrobinka białego koloru – należy dłużej gotować. Podawać można z dowolnymi dodatkami, owocami, bakaliami, syropem daktylowym, kakao etc. Przepis pochodzi z Kwestii Smaku.
  2. A może chcecie wiedzieć jak przyrządzić najprostszą zupę – krem? Z przyjemnością się z Wami tym podzielę. Bierzemy ulubione warzywo lub warzywa (np. mix składający się z ziemniaka, batata, kawałka dyni piżmowej, marchewki i pietruszki), obieramy, kroimy na kawałki. W dużym garnku podgrzewamy oliwę z oliwek. Na rozgrzany tłuszcz kładziemy warzywa i dusimy na małym ogniu przez ok. 10 minut. Potem wszystko zalewamy mlekiem kokosowym i przygotowanym wcześniej bulionem warzywnym (może być dobrej jakości bulion instant) – w proporcjach 1:2 (np. szklanka mleka kokosowego i dwie szklanki bulionu). Ważne, aby płyn  zakrył warzywa. Jeśli mamy ochotę, to doprawiamy ulubionymi przyprawami – tymiankiem, gałką muszkatołową, kminem rzymskim, solą, pieprzem, brązowym cukrem. Smakujemy, sprawdzamy, czy nam to odpowiada. Gotujemy wszystko na małym ogniu, pod przykryciem, aż warzywa będą miękkie. Na koniec  całość miksujemy i gotowe. Można się zajadać do woli.
    IMG_1323
  3. Jeśli ktoś z Was miałby chęć na coś bardziej wykwintnego, można zrobić cudownie słodką zupę krem z gruszki i pietruszki z przepisu Marty Dymek.  U nas to nieustający hicior, ulubiona zupa mojego pięcioletniego syna. Znika w pięć minut. Smacznego!

A już za tydzień przyjrzymy się z bliska sekretom tajemniczego wschodniego przysmaku – tahini.

A

foto_MKMagda  Kaźmierczak. Rocznik 1983. Matka dwojga, żona pewnego  Jednego Jedynego, doświadczony człowiek, wulkan energii. Psycholożka z zawodu, z zamiłowania pisarka i społecznica. Muzykuje, tańczy, medytuje i kocha zdrowy styl życia. Lubi dzielić się wiedzą, pomagać innym, łączyć ludzi ze sobą i patrzeć na ich rozwój. Nigdy się nie nudzi i z entuzjazmem patrzy w przyszłość. Po latach prowadzenia swojego bloga (Nietylkomama.pl) postanowiła pójść dalej.
Gdzie ją porwie, to się jeszcze okaże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*