jeśli klocki to… The Little Architect!

Przez prawie 30 lat byłam przekonana, że jeśli klocki to tylko lego/duplo. Synonim. Jedność. Oczywistość.

Potem nastała era DemOlki, która pokazała, że równie dużo możliwości daje zabawa klockami drewnianymi. Mniej więcej w tym samym czasie Tolek odkrył nasze ukochane „plusiki”.

Ostatnio wprowadziły nam się do domu klocki The Little Architect i po raz kolejny musiałam zmienić swoje starcze przekonania. A było tak…

Przyszła wielka paczka, a w niej bardzo porządne pudełko (co dla nas jest mega ważne przy częstym tachaniu klocków między pokojami).

W pudełku była masa torebek i torebeczek, rozpakowanie których zajęło DemOlce cały wieczór.

Pierwszy moment to zdziwienie – przywykłyśmy do przestrzennych budowli lego i nie mogłyśmy się odnaleźć w nowym systemie. Chyba najlepiej wyraziła to DemOlka, która nagle rzuciła ze złością swoją budowlą i krzyknęła: ale jak to?! mam budować z klocków BOKIEM?! Muszę przyznać, że w tym pierwszym momencie dość dobrze rozumiałam Jej frustrację. Dlatego uznałyśmy, że musimy się systematycznie z tą zabawką oswoić i sięgnęłyśmy po instrukcje: w zestawie jest ich 12, a zbudować w tym samym czasie można dowolnych sześć całych obrazków. Na awersie jest rysunek z podziałem na klocki, a na rewersie tabelka, która pozwala od razu wybrać tylko te, które będą nam potrzebne.

I tu spotkała Olkę chyba najbardziej ponura niespodzianka. Mała była absolutnie pewna, że jeśli będzie układać klocki bezpośrednio na „mapie rysunku” to wszystko pięknie się ułoży. Tymczasem instrukcja nie jest w skali 1:1 moja córka zaczęła się gubić.

IMG_2499

Myliła Jej się ilość i linijki. Wtedy wykombinowała, że „te klocki są jak puzzle” i był to niezły pomysł do momentu, kiedy okazało się, że nie może budować w dowolnej kolejności, tj. układała np. cały kwiatek ze środkowej instrukcji powyżej i zaczynała płakać nad niebieskim tłem między kwiatkami, którego nie było już jak przyczepić. Musiałyśmy znaleźć inny sposób.
Tak powstał nasz autorski system karteczkowy, a sympatia do The little Architect zaczęła gwałtownie przyrastać. Początkowo musiałam trzymać kartkę i palcem wskazywać kolejne potrzebne elementy. Potem zadanie ułatwiły nam karteczki samoprzylepne i DemOlka zaczęła sama szaleć.

Kolejne budowle rosły jak grzyby po deszczu, a wyobraźnia Małej coraz mocniej zaczynała działać. Sama jeszcze nie do końca sobie dowierzała i trzymała się instrukcji, ale ja widziałam już, ze „załapała” – budowała na coraz szybciej i na coraz większym luzie.

Przez kolejne dni cieszyła się swoimi tworami. Towarzyszyły Jej przy nauce, przy jedzeniu i w zabawie. Żaglówka zyskała nazwę, pingwin spał z DemOlką w łóżku nocami, a drzewo zostało obrazkiem, który koniecznie musiał stać na oknie.

Ułożone obrazki były obrazami, dominem, bohaterami godzinnych zabaw i ścianami domów. Miałam wrażenie, że mogę rzucić dowolne hasło, dotyczące dowolnego tematu, a moje dziecko w ciągu 5 minut wymyśli mi odpowiedź i przygotuje plac zabaw, posługując się wyłącznie The Little Architect. Nawet jak na nieograniczoną wyobraźnię DemOlki ilość wymyślonych zastosowań była spora.

Po kilku dniach zapał do zabawy zaczął słabnąć i myślałam, że przyjdzie pora na płodozmian, tj. podsunięcie innej zabawki. Tymczasem Mała nabierała dopiero wiatru w żagle.

Najpierw postanowiła zbudować – choć częściowo – jak największą ilość obrazków z instrukcji. A kiedy zaczęło Jej brakować klocków, w końcu odważyła się na samodzielne projektowanie.

A
W ekspresowym tempie powstawały kwiaty, zwierzęta, aż w końcu zamieszkała z nami sympatyczna rodzinka małych architektów, która – dziwnym trafem – przygarnęła psa niezwykle podobnego do naszego domowego zwierzęcia.

A
A potem dzieci – zainspirowane niedawno oglądanym filmem – poszły na całość i postanowiły zbudować z klocków obraz Vincenta Van Gogha. Pomysł zrodził się mniej więcej wtedy, kiedy Mała tłumaczyła Babci, że impresjoniści malowali kropkami, a Van Gogh kreskami. Jak kreska – to klocek; jak klocek – to ten najczęściej ostatnio używany. Nie da się ukryć, że talentu nam nieco zabrakło, ale przez moment wszyscy czuliśmy jak Naprawdę Wielcy Twórcy. 😉

A
Wiecie jakie to uczucie: zbudować z klocków obraz Van Gogha?! 😉 Uczucie jest takie, że człowiekowi się wydaje, że może wszystko. I tak się właśnie zadziało u nas. Pomysły się mnożą, kolejne budowle powstają i coś mi się wydaje, że jeszcze nie jeden post (i lekcja) na bazie The Little Architect u nas powstanie. Te klocki to nasza nowa miłość. To multum możliwości! Sami zobaczcie telegraficzny skrót:

…można pomalować paznokcie, zbudować sejf, albo przywołać Święta…

A

… zaprojektować dom (jak na architekta przystało) i wprowadzić do niego różne ludziki…

A

…wciągnąć do zabawy starszego brata, który zbuduje labirynt dla kulek… w ten sposób – jako „zupełnie przypadkowy” efekt uboczny – wyszedł nam trening mięśni twarzy, który z racji logopedycznych zapędów w naszym domu jest niezwykle wskazany. W planach mamy wyścigi: kto najszybciej przeprowadzi przez labirynt kulkę, dmuchając na nią przez słomkę (uwaga, w chwilach silnych emocji grozi lekkim zapluciem! 😉 )

A

… można poćwiczyć symetrię: ja budowałam połowę obrazka, a DemOlka miała dobudować lustrzane odbicie

… można zrobić konkurs kto zbuduje najwyższą wieżę…

… można poćwiczyć pisanie…

A
i w końcu: … można uczyć się liczyć (ale o tym niedługo napiszę osobno)…

A
Podsumowując: za nami dokładnie półtora miesiąca zabawy klockami The Little Architect.
Nie da się ukryć, że to nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Potrzebowałyśmy kilku dni, żeby oswoić się z „budowaniem bokiem” i następnych kilkunastu dni żeby zrozumieć, że to „bokiem” wcale nie jest przymusem i że właściwie możemy wszystko. Klocki są świetnej jakości – mają żywe, piękne kolory, bardzo dobrej jakości plastik i bardzo wytrzymałe pudełko. Drobny minusik dałyśmy instrukcjom. Kiedy buduje się bezpośrednio na nich, błyszczący papier zaczyna się rysować. Planujemy laminowanie.

DemOlka ma prawie 7 lat, ale motoryka mała u Niej kuleje i The Little Architect okazały się świetnym treningiem. „Świetnym” z mojego punktu widzenia, bo Mała początkowo narzekała, że męczą Jej się dłonie. Udało Jej się też na samym początku lekko wygiąć kilka „zaczepów” – trzeba przywyknąć do tego, że klocki lepiej rozłączać „do góry”, niż wyłamywać na bok: tu znowu dał o sobie znać nawyk lego.

To nie są tanie klocki, ale po pierwsze zestaw jest ogromny (900 kawałków), po drugie widzę, że to zakup na lata. 2-3 lata temu DemOlka mogłaby się nimi już spokojnie bawić, a i 13-letni teraz Tolek po pierwszej reakcji „jestem za duży” wciągnął się w budowanie labiryntu (dla siostry – nie ma co ukrywać, że dla Niego te klocki byłyby fajne na jeden dzień). Już od ładnych paru lat wychodzę z założenia, że – np. pod choinkę – lepiej kupić jedną, porządną, kreatywną zabawkę, niż 10 małych, które szybko się zniszczą lub znudzą.

Najbardziej lubię takie zabawki, którymi sama lubię się bawić (oczywiście, dzieciaki muszą je lubić niezależnie ode mnie). Wtedy wspólny czas sprawia nam wszystkim prawdziwą radość.
Tak właśnie jest przy zabawie The Little Architect

IMG_0459

 

A na koniec niespodzianka: z okazji zbliżających się Świąt (oraz jeszcze bliższych Mikołajek) oferujemy kod rabatowy dający 10% zniżki na zakupy w sklepie Klocki.edu.pl do końca 2017 roku.

Aby aktywować kod i skorzystać ze zniżki, prosimy o wpisanie kodu czytoczary.klockiedupl w tym miejscu lub skorzystanie z tego odnośnika, który aktywuje kod automatycznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*