godzina „W” i krótka lekcja historii

Pierwszego sierpnia o godzinie 16:45 zerwałam się na równe nogi. Doszło do mnie, że jesteśmy w Polsce, mieszkamy w środku miasta i w końcu mogę pokazać dzieciom (zwłaszcza Tolkowi) jak wygląda zamarłe miasto w godzinie “W”. Tolek jest w takim wieku, że już coś wie, już niby rozumie, ale tak naprawdę w głowie Mu się nie mieści (ciężko się dziwić, niejednemu dorosłemu też ciężko zrozumieć, że tu, gdzie dziś toczy się radosne życie, kiedyś trwała wojna).

Popędzając niechętne (bo oderwane nagle od zabawy) dzieci, kurcagalopkiem leciałam na najbliższą, większą ulicę. Po drodze mijaliśmy dom i parkan ze śladami po kulach z 1939 roku oraz plakaty ze zdjęciami z tego miejsca sprzed 77 laty – mijamy je codziennie, ale tego dnia wydały się jeszcze ważniejsze, niż zwykle.

Zdążyliśmy idealnie. Ledwie przeszliśmy 100m, a syreny zawyły. Ludzie na chodnikach zaczęli stawać, samochody zwalniały, szukały bezpiecznego miejsca i hamowały, rowerzyści zeskakiwali z rowerów. Ciszę zamarłego miasta przerywał tylko samolot, kołujący nam na głowami, ciągnący szarfę upamiętniającą Powstanie. Zrobiło się doniośle i magicznie; niesamowicie.

IMG_2374

Poleciały mi łzy. Tak już mam. Mój ukochany Dziadek działał w AK, był Powstańcem i kiedy słyszę syreny, przed oczami stają mi sceny, które opowiadał mi zamiast bajek kiedy byłam dzieckiem.

Tolek stał coraz bardziej przejęty. DemOlka zdziwiona, ale też lekko znudzona – okazuje się, że minuta bez ruchu to jednak bardzo, bardzo długo.

Mieszkamy w miejscu, gdzie jest bardzo dużo obcokrajowców. Z dala widzieliśmy ich zagubioną grupkę, która nie wiedziała co się dzieje. Było mi żal, że nikt im nic nie mówi, nie tłumaczy. Przecież to niesamowita lekcja historii…

Minuta minęła, syreny zamilkły, przechodnie i samochody ożyły. Życie wróciło do normy. Tylko zaduma i smutne uśmiechy na twarzach mijanych przechodniów przypominały, że właśnie wspólnie uczestniczyliśmy w niezwykłej chwili…
Magiczna minuta minęła, a zamiast niej przyszła fala pytań moich dzieci: a kiedy, a po co, dlaczego, a kto, a jak, a czym…. na część pytań umiałam odpowiedzieć, ale Tolka pytania stawały się coraz bardziej techniczne, a Oli było mi coraz trudniej wytłumaczyć “jak to było” bez jednoczesnego strasznie Jej. Mój Dziadek był niesamowitym człowiekiem i nawet o powstaniu opowiadał tak, jakby to była to bajka – poważna, smutna, ale nie straszna. Ja tak nie umiem mówić o wojnie.

IMG_3222W przypływie bezsilności postanowiłam pójść prosto do naszej ukochanej księgarenki, w której panie zawsze umieją poradzić po jaką książkę sięgnąć. Parę minut później usadowiliśmy się w domu na kanapie, z nowym skarbem na kolanach – “Małym Powstańcem” Szymona Sławińskiego, Wydawnictwa Muchomor.

Książeczka była mała, cienka, niepozorna; była też dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy.

Na 36 stronach opisane zostało Powstanie Warszawskie według wspomnień Tymoteusza Dmochowskiego, który w chwili wybuchu miał 11 lat i szybko dostał stopień wojskowego strzelca. To, że był właśnie w tym wieku było dla nas niezwykle istotne, bo chyba pierwszy raz Tolek naprawdę zrozumiał, że Jego równolatkowie byli żołnierzami.

Sama opowieść niezwykle przypomina te, które Dziadek serwował mi prawie trzydzieści lat temu: trochę strzelania, trochę strachu, trochę szczęścia, trochę farta, trochę przyjaźni, trochę oddania, trochę honoru, trochę odwagi, trochę głodu, trochę brudu, trochę ran, trochę naiwności. Nie ma tam patosu i Wielkiej Historii. To (nie)codzienna opowieść chłopca, który miał inne dzieciństwo, niż nasze dzieci.

IMG_3234

To, co niezwykle mi się podobało, to forma graficzna książki. Są prawdziwe zdjęcia, poprzetykane rysunkami. Dzięki temu można obejrzeć jak wyglądały ulicy, ale nie trzeba się bardzo tego bać.

IMG_3224

Są definicje słów stricte wojennych, takich jak kanały, łączniczki, „Szafa” czy hasło i odzew.

IMG_3223

Są także objaśnienia i informacje dotyczące zagadnień, które wydawały się Tolkowi oczywiste, a które spowodowały u Niego szok, np. tak było z tłumaczeniem tego, co wtedy uznawano za uzbrojenie: pistolet miał co ósmy żołnierz, karabin co dwunasty. Jeden ciężki karabin CKM przypadał na tysiąc żołnierzy. Naprzeciw powstańców stały świetnie wyszkolone i doskonale uzbrojone oddziały niemieckie. Miały wozy pancerne, czołgi, artylerię i bombowce” . Nie takie obrazy miał męski, zakochany w militariach Tolek w głowie, kiedy wcześniej czytał i powstańcach.

IMG_3225Mimo tak niewielu stron, w tej książce jest wszystkiego po trochu. Są anegdoty, plany, zdjęcie przepustki AK, zdjęcia żołnierzy plutonu 227, jest nawet krzyżówka, żeby sprawdzić ile się zapamiętało.

IMG_3226

IMG_3229

IMG_3233

IMG_3227

Kiedy czytaliśmy „Małego powstańca” do domu wrócił z pracy TaTolek. On też przysiadł się do nas, zasłuchał. Dla DemOlki było trochę za poważnie. Coś rozumiała, trochę pytała, ale widać było, że (na szczęście) wojna jest dla Niej pojęciem tak abstrakcyjnym, że nie do końca wie o czym czytamy.

Dziadek Andrzej

Tymczasem u Tolka lektura spowodowała milion kolejnych przemyśleń i dwa miliony pytań. Już kiedyś pisałam o moich Dziadkach przy okazji wizyty w Zeithein  i błądzenia po historiach rodzinnych. To historie, które często wracają w naszych rozmowach. Rocznica Powstania Warszawskiego stała się przyczynkiem do kolejnej rodzinnej opowieści. Nie było rady: odgrzebaliśmy w Archiwum Historii Mówionej wywiad Z „Dziadkiem PraAndrzejem”, którego Tolek dobrze pamięta. Znowu czytaliśmy, znowu rozmawialiśmy, znowu wyjaśnialiśmy. W wywiadzie z Dziadkiem jest m.in. taki fragment: 

Porozmawiajmy jeszcze chwilę o Powstaniu. Mówił pan, że okres na Starym Mieście był burzliwy. Czy ma pan jakieś szczególne wspomnienia, o jakiejś akcji, w której brał pan udział?
Tak, owszem. Do dzisiaj istnieje na ulicy Długiej, w miejscu wnęki, kapliczka. To jest kapliczka Matki Boskiej Akowskiej. Dlaczego? Dlatego że w czasie wojny, jakeśmy tam kwaterowali, na skutek obstrzału niemieckiego rozwaliła się jedna ściana budynku i odsłoniła się zakryta i zamurowana kapliczka. Po prostu pocisk rozwalił i okazało się, że tam kiedyś zamurowano kapliczkę. Ta kapliczka do dzisiaj istnieje koło ulicy Bielańskiej, we wnęce. To był moment bardzo charakterystyczny, utrwalił się: że Matka Boska stanęła po stronie powstańców. Tak mniej więcej to wyglądało.

Kilka dni później życie dopisało koniec tej powstańczej lekcji historii. Szliśmy coś załatwić na mieście. Podwoziła nas moja Mama czyli córka Dziadka Andrzeja. Wysadziła nas z auta, zaczęła odjeżdżać, my odeszliśmy. Chwilę potem usłyszeliśmy z tyłu wołanie. BabcioTolka stała na chodniku, krzyczała coś i szaleńczo machała rękami. Zawróciliśmy. Przypadkiem wysiedliśmy z samochodu dokładnie przed kapliczką, o której opowiadał Dziadek. Budynku już nie ma. Kapliczka została. A w głowach naszych dzieci zostaną wspomnienia.

IMG_2370

Post powstał w ramach projektu: Print

4 Comments on godzina „W” i krótka lekcja historii

  1. Wspaniałą lekcję historii zafundowałaś swoim dzieciom. W przyszłości chętnie sięgnę po „Małego powstańca”, żeby mojej córce przybliżyć ten jakże trudny okres w historii naszego kraju.

  2. Piękny wpis. Wzruszyłam się. I dziękuję za wspomnienie o tej książeczce. Tymek zaczyna już sam podpytywać o wojnę więc nie m co zwlekać z jej zakupem.

    • Małgosia/czytoczary.pl // 28 sierpnia 2016 at 17:59 // Odpowiedz

      A ile Tymek ma lat? Dla naszej pięciolatki jest jeszcze trochę za wcześnie na czytanie, ale oglądamy i tłumaczymy.

3 Trackbacks & Pingbacks

  1. ślady po kulach |
  2. projekty międzyblogowe |
  3. żywa lekcja powstańczej historii |

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*