Glam Girl & najlepsze atrakcje Disneylandu

Dojechaliśmy szczęśliwie do wymarzonego Disneylandu! Ale co dalej? Stoimy przed czymś ogromnym! Panorama zapiera dech w piersi, emocje narastają… Kierunek kasy – kupujemy bilety (albo wymieniamy bilet elektroniczny na kartonikowy w biurze obsługi klienta). OK. Bilety już są! Magia też, od wejścia już bowiem witają nas przemili ludzie, przebrani w stroje z filmu Mary Poppins,w głośnikach rozbrzmiewa też przepiękna, bajkowa muzyka. Napięcie rośnie – Glam Girl i ja piszczymy w środku i…na zewnątrz! Nie wiem, która głośniej:) The Father też nie ukrywa radości i ekscytacji. Disneylandzie nadchodzimy!

20160503_182804-1.jpg

DZIEŃ 1.

Zaczynamy od wzięcia mapy parku (znajdują się na terenie parku, tuż za kasami lub w recepcjach hotelowych) – to prozaicznie bardzo ważny element. Jak już pisałam w poprzednim poście, nie jest przesadą prześledzić mapkę online przed wyjazdem, ale jeśli tego nie zrobiliśmy, nic straconego. Po prostu chwytamy papierową wersję i robimy szybki plan.
received_10153642588498946-1

Pierwszy wybór, którego musimy dokonać , to od którego parku zaczynamy: Disneyland czy Walt Disney Studios ? Oba są tak samo spektakularne i oba trzeba zobaczyć. Jednak na pierwszy raz zacznijmy od Disneylandu, bo to on wita nas słynnym zamkiem znanym wszystkim dzieciom z czołówki filmów Disneya.

Wchodzimy i już czujemy się wspaniale. Przepiękna infrastruktura, wszystko w anglosaską nutę, wysmakowane do najdrobniejszego detalu. Tam nic nie jest przypadkowe, nic nie wygląda kiczowato ani dziecinnie. Już pierwsze kroki aleją Main Street prowadzącą, przez ciąg cukierkowych sklepików i kawiarenek, do zamku Śpiącej Królewny, oczarowują. Zaglądamy do kilku butików – ich urok wciąga nas do środka… Ledwie się powstrzymujemy przed zakupami. „Mamo, później…chodź do zamku!” – Glam Girl zaprowadza porządek. Zatem najpierw kraina Fantasyland – punkt 1. Zamek Śpiącej Królewny. Zbliżamy się, Glam Girl aż skacze z podniecenia. Wreszcie jest! Spacerujemy, oglądamy, wprowadzamy się w nastrój. Jest pięknie! Wychylamy głowy z zamku i przed nami rozpościera się widok na cały park… O rety! Cóż za fantazja! Glam Girl w sekundę zaczęła zbiegać po schodach, my tuż za nią. The Father GPS czyli nasz „mapowy” aktywnie sterował naszym entuzjazmem. Punkt 2. Karuzela (Le Carrousel de Lancelot) ! Klasyczna, kręcąca się w kółko, z konikami, ale błyszcząca i bardzo duża. Obok punkt3. Filiżanki z Pięknej i Bestii (Mad Hatter’s Tea Cups). A tuż za nimi punkt4. Latające słoniki Dumbo (Dumbo the Flying Elephant). Minęły dwie godziny, a my już mamy 4 atrakcje na naszym koncie! Świetny wynik! W sezonie letnim tak kolorowo może nie być, ale początek maja mile nas zaskoczył. Ok. Teraz czas na punkt5.Labitynt Alicji w Krainie Czarów (Alice’s Curious Labyrinth). Glam Girl biegała jak szalona – z jednego korytarza w drugi. Tak jej się to spodobało, że musieliśmy przechodzić go trzy razy… I punkt6. Spotkanie w księżniczką! (Princess Pavilion). Tu była najbardziej niespodziewana, magiczna chwila – czekaliśmy ok.45min, ale było warto. W przepięknej komnacie siedziała Królewna Śnieżka i serdecznie powitała Glam Girl, zamieniając z nią kilka zdań po angielsku (rodzice skakali z dumy!), wpisując swój autograf do pamiętnika i robiąc sobie wspólne zdjęcie. Trwało to chwilę, ale emocje i łzy wzruszenia pokazały, że warto i na taką atrakcję poczekać.

 

Po tym miłym wydarzeniu The Father GPS sugeruje przeniesienie się w zupełnie inną część parku – do krainy Discoveryland. To miejsce dla fanów stacji kosmicznych i odkryć naukowych. Glam Girl fascynuje się wszystkim, więc przeskok z księżniczkowej scenerii do naukowej, było równie entuzjastyczne. Punkt 7.Latające pomiędzy planetami rakiety kosmiczne (Orbitron). Tutaj kolejka była tak długa, że czekając – na zamianę raz ja, raz The Father, wyskoczyliśmy na sąsiednią atrakcję – tym razem dla fanów prędkości (i osób powyżej 1,32cm) – punkt 8.Rollercoaster kosmiczny (Space Mountain: Mission 2). Głowy mało nie urwało, ale było cudownie! Po doczekaniu się na Orbitron, przyszedł czas na punkt 9.Samochody (Autopia). Przemiła, rodzinna przejażdżka (powyżej 1,32cm samodzielnie) oldschoolowym mini autem stylizowanym na lata pięćdziesiąt.

Teraz szybki bezglutenowy obiad w Planet Hollywood w Disney Village. Klimat tego miejsca jest nam zawsze bliski – filmowy i wakacyjny. Gdziekolwiek podróżujemy, wypatrujemy tego lokalu. Do niedawna nie zwracaliśmy uwagi na menu – teraz dodatkowo zapunktowali czterema stronami menu bez glutenu. Miły szok.

Po obiedzie przeskok do Walt Disney Studios. Wchodzimy jak do wytwórni filmowej. Wrażenie niesamowite! W hali witają nas neony rodem z Las Vegas, potem rozpościera się Main Streetprowadząca do znanego wzgórza na przedmieściach LA z napisem Hollywood. Tu się nie czujesz magicznie, tu się czujesz super filmowo. Jakbyś był trybikiem wielkiej produkcji.

IMG_4645

Kierujemy się szybkim krokiem do punktu 10. mini rollercoastera Nemo (Crush’s Coaster). Bardzo żwawa kolejka, na którą trzeba było mieć min.107cm wzrostu (szczęśliwie Glam Girl osiągnęła 108cm), więc mimo trzykrotnego stawiania pod miarką, udało się wejść.  Pechowo – nie spodobała się córce… Duża prędkość plus ciemność nie idą w parze… Ale dla nas-dorosłych to numer jeden w tym parku! Niedaleko był hit – jedna z najnowszych atrakcji, również kolejka, ale już znacznie spokojniejsza, punkt 11.Ratatouille. To połączenie kina 3D i spokojnego rollercoastera – idealne dla całej rodziny. Jedyny minus – najdłuższe kolejki, więc warto ustawić się już z samego rana albo spróbować skorzystać z opcji „Fast pass” (przychodząc rano i wyciągając numerek na wejście o konkretnej porze).

Emocji moc! Dzień się prawie skończył, ale nie możemy ominąć parady! Wracamy do pierwszego parku – do Disneylandu i…jest! Nadjeżdża! Głośna, kolorowa, ogromna parada. Znów łzy się kręcą i znów nie wiem, komu większe… Wszystko wygląda magicznie. Jedno z najbardziej przejmujących chwil w życiu… Mijają nas Mickey, Minnie, Elsa, Rozszpunka, Królewna Śnieżka, Gooffy… i wszyscy inni… Tańczą, śpiewają, wiwatują. Cieszą się z nami. To ich praca – owszem, ale wykonują się rewelacyjnie! Z uśmiechami i energią. Jesteś w stanie uwierzyć, że oni są prawdziwi!

O rety! I jak my teraz uśniemy z tych wrażeń…

DZIEŃ 2.

Szybkie hotelowe śniadanie i znów do dzieła! Tym razem startujemy z Walt Disney Studios. I zaczynamy nieco spokojniej. Punkt 12. Rysowanki (Animagique Theater). Tutaj zarówno mali, jak i duzi, znajdą coś dla siebie. Glam Girl uczyła się sztuki animacji, The Father podjął próbę włączenia się w zajęcia dla dorosłych i zmierzenia się z szkicem Kaczora Donalda. Obojgu poszło świetnie. Ja się delektowałam kawą, pomagając córce. Kolejny punkt 13.lekka kolejka Toy Story (Slinky Dog Zigzag Spin), bardzo przyjemna i rodzinna, a tuż obok niej punkt 14.Spadochrony (Tiny Soldiers Parachute Drop) – efekt spadania, który czasem i dorosły kiepsko znosi. My bardzo lubimy:) Jest to przedsmak czegoś extra – punkt 15. A la Starej Windy (The Twilight Zone Tower of Terror), na którą trzeba mieć min.102cm, ale mimo odpowiedniego wzrostu Glam Girl, nie zdecydowaliśmy się jej na to zabrać. Uważam bowiem, że jest to świetna atrakcja – OBOWIĄZKOWA – ale dla min. nastolatków i dorosłych.

received_10153642588418946-1

Czas na miła kawkę i lody… w jednej z wielu bajecznych kawiarenek Hollywood Boulevard…

I punkt 15. Show Disney Junior (Disney Junior Live on Stage!) – rewelacyjny występ głównych bohaterów kreskówek z kanału dziedzięcego Disney Junior. Córka była bardzo przejęta. Wyprawa do teatru nigdy nie była prostsza. Po spektaklu wszyscy zgłodnieliśmy – kierunek Disney Village i tym razem Rain Forrest i również danie bezglutenowe dla Księżniczki.

Punkt 16. Popołudniowym priorytetem stały się autografy i zdjęcia z bohaterami kreskówek w parku Disneyland. Nie jest to takie hop-siup. Różni – stopniując od najważniejszych jak Myszka Mickey czy Księżniczki, mają swoje stałe komnaty, gdzie prawie przez cały dzień można ustawiać się w kolejce po audiencję. Na resztę trzeba polować – w określonych miejscach, o określonych porach (pomocny jest „Program”, który zwykle leży koło mapek, bo w nim znajdują się adresy i pory niektórych bohaterów). Chcąc zdobyć wiele wpisów, trzeba się mocno przyłożyć. My działaliśmy na dwa fronty – zawsze ustawialiśmy się w dwóch różnych miejscach, do dwóch postaci. Ma to urok!

Punkt 17. Kraina Frontierland – The Forest of Enchantment: A Disney musical adventure… – rewelacyjne muzyczne przedstawienie (w stylu Disney On Ice), z piosenkami na żywo, w pełnej oprawie kostiumowej. Teatr Roma by się nie powstydził!

Na koniec jeszcze dwie małe atrakcje: punkt 18: ciuchcia (Casey Jr.) i punkt 18: łódka płynąca przez mini świat Disneya („It’s a small World). Dalej rytmicznym krokiem poszliśmy na spacer, Glam Girl wyśpiewywała na całe gardło piosenki, kręciła piruety, a my cieszyliśmy się ostatnimi minutami dnia… Wspaniałego dnia!

Zbierając się do wyjścia, zanurkowaliśmy do sklepików, które co chwila serdecznie się do nas uśmiechały. Pozwoliliśmy sobie na trochę przyjemności, co by zabrać odrobinę Disneylandu do domu… „Mamo, zostańmy tu na zawsze…”! Nikt nie chciał wracać…

Au revoirRendez-vous a nouvea…

Dwa dni, bardzo zdyscyplinowany harmonogram ale ZAWSZE za mało czasu, szczególnie, gdy jedzie się z dzieckiem. My mieliśmy to szczęście, bywać tutaj także przed narodzeniem się Glam Girl, więc uświadczyliśmy większości (także poważniejszych) atrakcji, które powinny się znaleźć na Waszej obowiązkowej liście. M.in. w Walt Disney Studios: Rock’n’Roller Coaster starring Aerosmith oraz Armageddon, a w Disneyland Park: Indiana Jones !

W razie planowania wyprawy – piszcie do nas śmiało! Służymy radą!

Zapraszamy też do czytania: ABC podróży do Disneylandu oraz Glam Girl w Paryżu

by GLAM GIRL AND MORE

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*