wystawa gateway to space

gateway to space logo-gtsNieco przypadkiem załapaliśmy się na ostatni dzień wystawy Gateway to space; ostatni dzień, niedziela, środek dnia. Jak było? Tłoczno! Ale było warto.

Wystawa jest (była?) podzielona na kilka odrębnych sal. Pierwsza to głównie kapsuły, pojazdy, części rakiet, oryginalne skafandry i rękawice, plus, oczywiście, zdjęcia i opisy prezentowanych eksponatów. Jest coś niesamowitego w oglądaniu np. skafandra, w którym podróżował Jurij Gagarin!

TaTolek utknął przy łaziku księżycowym. Mój pradziadek miał swój wkład w budowę tegoż i TaTolek koniecznie chciał porównać opowieści rodzinne i dostępne w internecie informacje z tym, co można było zobaczyć na wystawie. Choć opowieści łazikowo-księżycowe znam od bardzo wczesnego dzieciństwa, to pierwszy raz mogłam zobaczyć czym tak naprawdę zajmował się Dziadek.

Kolejna część wystawy to „wejście głębiej”, tj.  kokpity, wnętrza rakiet i wyposażenie pojazdów kosmicznych. To tu DemOlka miała najwięcej radości, bo skupiła się setkach guzików, przycisków, przełączników i suwaków, którymi można było poruszać i „sterować” rakietami.

Przy okazji odkryła jak wygląda hodowla warzyw w kosmosie. Wydawało się, że w ogóle nie zwróciła na nią uwagi, tymczasem w domu wykazała się niezłą pamięcią i sporą (nową) wiedzą.

Ta część niezwykle mi się podobała. Dowiedziałam się np. od czego zaczęła się „wojna” między coca-colą a pepsi-colą, dotarło do mnie z cała siłą jak obrzydliwe musi być kosmiczne jedzenie i odkryłam czym grozi beknięcie w kosmosie. 😉

Trzecia i ostatnia część wystawy to „trening astronauty” czyli symulatory kosmiczne. To także miejsce najwiekszych emocji osób, które ukończyły 10 lat (co jest bardzo przestrzegane ze względów bezpieczeństwa) i to właśnie tutaj „przepadł” Tolek. Był wszędzie, testował wszystko i dowiadywał się czy dałby sobie radę jako kosmonauta. A przy tym wykazał się sporą odwagą i ogromną umiejętnością utrzymania zawartości żołądka na miejscu nawet w sytuacjach skrajnych. 😉 Nam robiło się niedobrze od samego patrzenia na Tolkowy „trening”.

Zaczął delikatnie – od dwuosobowego trenażera, na którym – jak stwierdził – odczuwalny był wyraźny algorytm ruchu, tj. mógł przewidzieć w którą stronę kiedy Go „bujnie”. Wyglądało strasznie, ale Tolek wyszedł z niego zachwycony, a DemOlka powitała Go jak prawdziwego bohatera. Wtedy zdecydował się na kolejny krok, tj. trening pojedynczy.

Z tego urządzenia wyszedł lekko zielony na twarzy i – zupełnie serio – z każdym okiem spoglądającym w inną stronę. Tolek przyznał, że to była masakra, bo nie było żadnej zależności ruchu i w sposób zupełnie nieprzewidywalny następowały obroty we wszystkie możliwe strony.
Kiedy Tolek odzyskiwał kolory na twarzy i koordynację gałek ocznych, DemOlka z dziką radością testowała symulator lotów.

Na oficjalnej stronie wystawy można przeczytać: „Największa na świecie wystawa kosmiczna pod patronatem NASA po raz pierwszy w Polsce! Wśród ponad 100 kosmicznych eksponatów, prezentowanych na 3 000 metrów kwadratowych powierzchni obiektu przy ul. Mińskiej 65 w Warszawie zobaczyć można m.in. oryginalny moduł pochodzący ze stacji kosmicznej MIR ważącej 135 ton, stacje ISS, modele rakiet m.in rakietę Sojuz o długości 46 metrów, rakiety Wostok czy Woschod, Sputnik 1, kapsułę Apollo, łazik księżycowy Lunar Rover, który uczestniczył w misjach Apollo, autentyczne kokpity i elementy maszyn kosmicznych, oryginalne skafandry kosmonautów w tym umundurowanie Gagarina oraz skałę księżycową. Wszystkie eksponaty można dotknąć i obejrzeć a także wejść do środka większości z nich”. Nie do końca zgodzę się z tym „można dotknąć wszystkiego”, a raczej zupełnie wprost stwierdzam, że to nieprawda. Wiele eksponatów było ogrodzonych, poza zasięgiem, ale dość szybko przestałam się temu dziwić – mniej więcej wtedy, kiedy zobaczyłam stado nastoletnich chłopców, którzy wpadali tam, gdzie wejść było (nie)wolno i walili na oślep w przyciski, pokrętła i szybki. Sama miałam ochotę jeszcze bardziej ograniczyć im dostęp. 😉

Czego mi zabrakło? Słuchawki z nagranymi opisami eksponatów; dla nieczytających dzieci. Przyzwyczailiśmy się już do tego rodzaju pomocy, a i dzieci nauczyły się skupiać na tych nagraniach nawet w największym tłumie. Tu było za dużo ludzi, za głośno i DemOlka szybko zrezygnowała ze słuchania tego, co my Jej czytaliśmy – cieżko się słucha jak co chwila dostaje się od kogoś w głowę torebką, plecakiem czy łokciem, a przed nosem wyrastają obce wielkoludy, które wszystko zasłaniają i niesłychanie dziwią się, jak mały człowiek zwraca im uwagę, że też ogląda (nawiasem mówiąc potwierdziło się nasze spostrzeżenie z muzeum berlińskiego, że w Polsce wyjątkowo „nonszalancko” podchodzi się do małych dzieci na wystawach. Jakby małe znaczyło „do zdeptania i przesuwania jak mebel”). Tego brakowało.

Zwiedzanie zakończyliśmy pamiątkową sesją zdjęciową. Wyszliśmy z solidną dawką emocji, ciekawostek kosmicznych i całkiem solidnie zmęczeni ( w dużej mierze tłumem, hałasem i długimi kolejkami do każdej atrakcji). Spędziliśmy tam dwie godziny, z czego pewnie ok. 1/3 czasu staliśmy w kolejkach.

PhotoCollage Share File

Wystawa podróżuje po całym świecie i jeśli gdzieś ją „spotkacie”, koniecznie sami sprawdźcie jak jest zorganizowana. Naprawdę warto!

2 Comments on wystawa gateway to space

  1. My planowaliśmy specjalną wyprawę z Krakowa na tę wystawę od października na okres ferii zimowych. Niestety plany pokrzyżowała nam na 3 dni przed wyjazdem choroba. Dziękujemy, że mogliśmy zapoznać się z tą relacją.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*