dobra relacja w naszym domu czyli warsztaty z Małgorzatą Musiał

Lubię się uczyć nowych rzeczy. Studia, konferencje, szkolenia i seminaria to to, co ładuje mi baterie.
Na początku tego roku zagustowałam w szkoleniach on-line i tak wpadłam na (rewelacyjne) kursy Natalii Fedan i Agnieszki Pieniążek.

W kwietniu tego roku wpadła mi w ręce książka Małgorzaty Musiał „Dobra relacja. Skrzynka z narzędziami dla współczesnej rodziny. Zaczęłam czytać. Zachwyciłam się lekkością języka przy ciężkości poruszanych tematów, osadzeniem w polskich realiach i jasnością przekazu: cud-miód! Serio. 

IMG_3407

Pod koniec pierwszego rozdziału uznałam, że muszę to natychmiast zacząć wprowadzać w życie i pognałam do dzieci (i męża). Mniej więcej miesiąc później zorientowałam się, że coś mi nie idzie i postanowiłam wrócić do lektury, a że minęło już trochę czasu, to zaczęłam czytać od początku. Przy drugim rozdziale mój zachwyt znowu szalał i – oczywiście – musiałam natychmiast wprowadzić wszystkie porady w życie.

Ten cykl powtórzył się jeszcze minimum 20 razy. Najdalej dotarłam do trzeciego rozdziału. I w końcu zrozumiałam, że choć książka jest świetnie napisana i jest bardzo zgodna z moim ideałem rozmów rodzinnych, to potrzebuję pomocy: „popchnięcia” mnie dalej.

Kiedy więc niedawno na FB wyskoczyła mi informacja warsztatów z Małgorzatą Musiał, nie namyślałam się ani chwili. W ten sposób ostatni weekend spędziłam na warsztatach dla rodziców.

I dość szybko zaliczyłam potężny szok: okazało się, że wszystkie wykłady, seminaria i konferencje dają mi możliwość „zlania się z tłem”, a kursy on-line (jednak) gwarantują sporą dawkę anonimowości.
A tu – byłam „goła”, na widoku i miałam świadomość, że wszystko co powiem, będzie rezonowało w tej małej grupie ludzi, w czterech ścianach, przez dwa dni. Masakra!

Zaczęliśmy od dyskusji o celowości kar i nagród. Choć sprawa jest dla mnie jasna, to dziwnym trafem łatwiej jest odrzucić nagrody na rzecz wzbudzania idealistycznej motywacji wewnętrznej. Gorzej z tym pozbyciem się kar…. racjonalnie rzecz ujmując zdaję sobie sprawę, że kara to krzyk bezsilności, że robi samo „zło”, bo wkurza dzieciaki, uczy kombinowania i powoduje, że skupiają się na swojej rozpaczy i złości, a nie na tym, co się wydarzyło. Ja to wszystko wiem…
… tylko co zrobić, jak ja sobie – pełna dobrych chęci – gadam i gadam, ustalam coś z nimi, a potem gucio z tego wychodzi?! O ile łatwiej – zamiast pertraktować –  jest wrzasnąć „zakaz grania…/masz szlaban…/nie możesz czegoś…”. Tyle, że sama dobrze pamiętam awanturę domową sprzed ponad 20 lat, kiedy moja Mama doszła do ściany. Po prostu obie tamtego dnia odkryłyśmy, że nie ma jak mi dać kary, a to co mówi jest raczej śmieszne… ale jakoś nie było nam obu do śmiechu i nie chciałabym nigdy znaleźć się w tej samej sytuacji z Tolkiem i DemOlką.

IMG_3392

W trakcie tych dwóch dni wiele razy Małgosia Musiał podkreślała, że trzeba dać sobie czas na odkrycie o co nam naprawdę chodzi, na bycie autentycznym. Czy jak mówię „musisz odrobić lekcje” to tak naprawdę chodzi mi o to, że:
a) lekcje mają być zrobione
b) boję się, żeby Tolek nie został głuptakiem
c) nie mam ochoty na walkę w szkole z pracami domowymi
d) chcę mieć trochę wolnego czasu, kiedy Młody skupi się nad zeszytami
e) chcę żeby ćwiczył kaligrafię
f) czy może jeszcze zupełnie coś innego i tak naprawdę w nosie mam pracę domową?!

IMG_3393
To „o co mi chodzi” rezonuje teraz w mojej głowie bez przerwy. Analizuję ostatnie scysje i dumam co można było wyrazić inaczej…

Nie stawiałaś dziecku granic i weszło Ci na głowę to jedno ze zdań przepięknie zamykających dyskusję ze zmęczonym rodzicem. My zajęliśmy się dochodzeniem czym właściwie są te straszne granice, gdzie leżą i czy każdy ma je w tym samym miejscu. Odnoszę wrażenie, że to był powód sporych zaskoczeń w naszej warsztatowej grupie: wzajemne odkrywanie jak różnie możemy postrzegać rzeczywistość, jak różnie odbierać te same słowa i w jak innych momentach „zamykać się” na dyskusję pod wpływem jednego słowa, które dla innych było w ogóle niezauważalne.
W lutym na (wspomnianym wcześniej) kursie on-line Agnieszki Pieniążek odkryłam, że każdy człowiek ma w sobie kubeczek na miłość/dobro własne, tj. to, co musimy sobie samodzielnie napełniać, żeby dobrze się czuć. Przez te kilka ostatnich miesięcy uczyłam się gdzie właściwe „ten kubek mam” i jak mam pilnować, żeby mi się z niego nie wylewało. Tak nagle pojęłam, że zwalanie odpowiedzialności na kogokolwiek innego za moje samopoczucie to nieporozumienie. Tj. mąż, syn czy sąsiadka mogą mi pomóc, ale tylko, jeśli jasno im powiem o co mi chodzi. Nastawienie się na „nich się sami domyślą” niespecjalnie sprzyja dogadaniu się.

Na warsztatach z Małgosią Musiał odkryłam (eureka!!), że to jak i gdzie postawię granice, bardzo sprzyja dbaniu o własny kubek. A nie jest żadną tajemnicą, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dzieci. Niby taki prosty ten kubek, a taki trudny…

No bo na przykład, kiedy lecę za dzieckiem i wrzeszczę: „nie wolno bić innych” to czy aby na pewno mam rację? Jak to pogodzić z wieczornym treningiem sztuki walki, kiedy zależałoby mi, żeby Młody jednak nie stał jak słup soli? Albo z hipotetyczną sytuacją, kiedy ktoś Go zaatakuje na ulicy? Albo z moimi zapędami, że jak ktoś krzywdzi kogoś na ulicy, to natychmiast lecę ratować uciśnionych?
I tu nagle okazuje się, że wcale nie chodzi o to, że „nie wolno bić innych”, tylko o to, że „nie chcę, żebyś bił DemOlkę nawet, jak wpada do Twojego pokoju i drze Ci wszystkie zeszyty”….

Jednym z najważniejszych odkryć było dla mnie usłyszenie (i zrozumienie!!!), że
jak ktoś mówi mi NIE, to jednocześnie mówi TAK swoim potrzebom”.

Rany, to nie jest zwyczajne sobie odkrycie, to ODKRYCIE na miarę Kolumba!!

Jak DemOlka ogląda Bardzo Ważną Bajkę, a ja Jej wyjeżdżam ze wspólną kolacją przy stole, to Ona wcale nie protestuje przeciwko naszemu towarzystwu!
Choć staram się powstrzymywać od tego typu pomysłów, to jednak zdarza się, że jestem po prostu stęskniona po całym dniu na uczelni, zaraz ktoś wychodzi, ktoś się spieszy, albo kolacja jest ciepła i to po prostu jedyny moment na szansę wspólnego „zasiądnięcia” do stołu. I przecież nie zabieram Jej tej bajki w ogóle, tylko proszę o pauzę na 20 minut i na pewno sobie obejrzy do końca… ileż łatwiej mi przyjąć, że Mała jest bardzo, bardzo ciekawa jak zakończy się ostatni mecz Supa Strikas, niż że nie ma potrzeby wspólnego biesiadowania… śmieszne i oczywiste? Jasne…. do momentu, kiedy mi krew oczu nie zalewa, bo ja – zmęczona, zabiegana – tak bardzo się starałam, żeby wszyscy razem zjedli jeden ciepły posiłek…

Tu zakończyliśmy pierwszy dzień warsztatów. Wróciłam do domu naładowana emocjami i energią, nie mogłam spokojnie usiedzieć i od razu wyciągnęłam – mocno ostatnio zbuntowanego Tolka – na półtoragodzinny spacer z psem. A tak naprawdę na rozmowę, oczywiście.

Tolek swój rozum ma, a logiką i konsekwencją przewyższył mnie jakieś 8 lat temu i przywykł już do moich „odkryć” wychowawczo-psychologicznych, czemu w dość mocnych słowach potrafi dać wyraz… ale albo uległ presji mojej świeżej energii, albo po prostu nauki Małgosi Musiał zaczęły działać…
To było najdłuższe półtorej godziny rozmowy w moim życiu! Każde zdanie mieliłam w głowie, dumałam jaką formę mam mu nadać i czego właściwie chce się dowiedzieć. Samą siebie pytałam o co mi chodzi i robiłam telegraficzne analizy swoich odczuć, kiedy słyszałam odpowiedzi Tolka. Gryzłam się z język. Dawałam sobie czas na kilka głębszych wdechów zanim otwierałam usta z następnym zdaniem. Dawałam też czas Tolkowi, bo kolejnym niesłychanie ważnym odkryciem tego weekendu był dla mnie fakt, że – żyjąc w pośpiechu – gros rodziców skupia się na rozwiązaniu konfliktu, znalezieniu satysfakcjonującego rozwiązania, podczas gdy pochylenie się nad emocjami często samo „załatwia sprawę” (w głowie zarówno rodzica, jak i dziecka).

Moje zapędy blogowo-ekshibicjonistyczne mają pewne granice, więc przemilczę poruszane przez nas tematy. Grunt, że po godzinie spaceru, kiedy podsumowałam co słyszę, kiedy Tolek do mnie mówi, mojemu ukochanemu dziecku oczy robiły się nagle okrągłe jak spodki i na środku ulicy niemal krzyknęło z pozytywnym zadziwieniem „no właśnie!!! o to mi chodzi!! dokładnie to staram ci się od dawna powiedzieć!” USŁYSZAŁAM GO! I aż mi się oczy zaszkliły, że w końcu wiem o co Mu chodzi, a On wie, że ja Go słyszę…

Sorry, nie umiem tego napisać mniej patetycznie. To był niesamowity moment i liczę, że do końca życia będę o nim pamiętać. Dowiedziałam się na tym spacerze dużo ważnych rzeczy, poniekąd rozwiązaliśmy odwieczny problem rozpakowywania zmywarki doszliśmy przyczyny zgrzytów z DemOlką.

A jeszcze potem, tego samego dnia, nagle dowiedziałam się, dlaczego DemOlka nie chce już chodzić na angielski. Uwielbiała Go przez półtora roku, czekała, aż nagle – nie i koniec. Od dawna tłumaczyła nam, że pojawiła się jakaś nowa gra, w którą przegrywa, że coś tam-ktoś tam powiedział, itd., itp. ale było widać, że to tylko tematy zastępcze. Myśleliśmy, że minął pierwszy szał nowości i po prostu angielski Jej spowszedniał…. konie z rzędem temu, kto by się sam domyślił… Po pierwszym dniu warsztatów dobrej relacji nagle okazało się, że DemOlka… jest najwyższa w grupie.  Wystaje o głowę nad wszystkich innych i czuje się jak wśród maluszków (Mała tak naprawdę wcale nie jest mała i ubrania kupujemy już na dzieci 3-4 lata starsze – jest szczuplutka i bardzo, bardzo wysoka). Okazuje się, że jakby chodziła do grupy z dziećmi 7-8 letnimi, to byłaby tylko „jedna z najwyższych” i to już byłoby ok…. Zobaczymy co się da zrobić…

Na drugi dzień warsztatów leciałam jak skrzydłach: bo już wiedziałam, że to działa, że ma sens. Miałam też 100% pewności, że mnóstwo pracy przed nami, bo to, że umiemy namierzyć problem, wcale nie oznacza, że potrafimy go rozwiązać…

IMG_3396

Niedziela zaczęła się od neurobiologii, którą uwielbiam – było o mózgu gadzim, ssaczym, o korze nowej… Ukochany temat, fajni ludzie, moje dobre chęci i wiara w to, co robimy: wydawałoby się – sytuacja idealna….

I wtedy zaliczyłam zderzenie ze ścianą. Po dwóch godzinach wiedziałam, że zaraz wybuchnę płaczem i że nie dam rady. Z całą mocą poczułam tę moją emocjonalną nagość przed współuczestnikami kursu. Czułam się, jakby przejechał mnie emocjonalny walec i zaczęłam rozmyślać czy to na pewno ma sens – może to tylko kolejna teoria, którą na chwilę się zachwyciłam?!

Postanowiłam posiedzieć w roli obserwatora tyle, ile dam radę i bardzo, bardzo pomogło mi przypomnienie przez Małgosię Musiał, że nikt niczego nie musi: można wyjść, można pozostać w roli biernego obserwatora, albo zamienić się w niemego słuchacza.

Słuchałam i mówiłam coraz mniej. W tym czasie rozkładany na części pierwsze był temat współpracy. Na czym ona polega i co jest jej składowymi. Małgosia podkreślała jak ważne jest nawiązanie kontaktu, zamiana w zabawę sytuacji, które „na poważnie” ciężko może być nam pchnąć do przodu, że obserwacja zamiast oceniania czyni cuda oraz że wyłączenie własnej interpretacji danej sytuacji bardzo ułatwia życie (vide ta wspólna kolacja, która nie miała nic wspólnego z niechęcią DemOlki do bycia z nami). Podkreślała też fakt, że relacja dziecka z rodzicem zawsze jest niesymetryczna.

To były dwa dni grzebania we własnych emocjach: szukania przyczyn moich różnych zachowań i uczuć, obserwowania skutków wychodzenia ze (znanych i bezpiecznych) schematów. Dokonałam jednego odkrycia we własnym postępowaniu względem dzieci, które dosłownie zwaliło mnie z nóg.
Zapisałam je sobie i odłożyłam do przemyślenia na-za-kilka-dni. Jeszcze nie wiem co z nim zrobię.

Jak sama nazwa wskazuje warsztaty były pełne działań w grupach (głównie dwu- i trzysobowych): przepracowywaliśmy różne sytuacje, nowy sposób komunikacji i wychodziliśmy poza nasze standardowe reakcje rodzicielskie).
Nie lubię poufałości, zmniejszania fizycznego dystansu, nie najlepiej znoszę przechodzenie z obcymi na „ty” i całe życie nie znosiłam sportów wymagających dzielenia się na grupy i współpracy. Mimo, zę trafiła się naprawdę świetna grupa ludzi, to jednak zawsze lepiej mi w samotności. Ale miałam też pełną świadomość, że ta praca w grupach jest niezwykle ważna i to właśnie w jej trakcie odkrywaliśmy co nam „nie gra”, czego nie rozumiemy, a co wymaga kolejnych wyjaśnień.  Uczyliśmy się dogadywać w duchu metody bez porażek, tworzyliśmy mikrokręgi i uczyliśmy się dyskusji w duchu porozumienia bez przemocy.
Ta praca w grupach była dla mnie ogromnym wyzwaniem.

Skończyłam weekend z zawrotami głowy ze zmęczenia i nadmiaru buzujących emocji; z milionem przemyśleń. Z postanowieniem, że raz na jakiś czas będę wracać na warsztaty dobrej relacji, żeby przypominać sobie i przetrenować wszystko, o czym mówiliśmy (nie mam cienia złudzeń, że zapamiętam wszystko i wszystko wcielę w życie); że będę czytać bloga Małgosi, bo Ona niczego nie udaje: opowiadała o zgrzytach z własnymi dziećmi, potknięciach dnia codziennego i wpływie własnego zmęczenia na swoje reakcje. Fajnie wiedzieć, że nie tylko ja się męczę i niezależnie od stopnia zaawansowania każdemu zdarzają się wpadki. 😉

Ale to, co jest najważniejsze, to skończyłam weekend bez żadnego spięcia z dziećmi! Jasne, mało byłam w  domu, ale zmęczone dzieci w niedzielny wieczór to okoliczności powodujące, że czasem 10 minut wystarczy na 5 potężnych awantur. A tu – nic. Kilka dialogów, parę kompromisów, 200 zastanowień się jak mam sformułować zdanie zanim je zwerbalizuje i SPOKÓJ we mnie i w domu.
To największa wygrana tego weekendu.

Z całego serca polecam!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*