Claude Monet – projekt „bliżej sztuki”

W czerwcu obiecywałam sobie, że w tym roku nie zgłaszamy się do żadnych projektów. Nie i koniec! bo za dużo czasu, bo rozwalają nam projekty własne, domowe; bo się wiecznie spieszymy i nie wyrabiamy się w terminach… a potem przyszedł wrzesień i ruszyliśmy z własnym projektem czarowanie przez czytanie. 😉

Pracy i tak zrobiło się mnóstwo, więc uznałam, że właściwie można zaryzykować i dodać jeszcze kilka większych akcji, ale tak, żeby sensownie łączyły się w całość i na tej podstawie ułożyć plan na ten rok. Tak się stało. W ten sposób zgłosiłyśmy się do projektu Marcjanny z bloga Gagatki trzy i nagle znalazłyśmy się Bliżej sztukiMój pomysł jest taki, że każdy miesiąc będzie spotkaniem z innym malarzem nie tylko dla dzieci, ale i dla mnie. Moja ekscentryczna Babcia Klementyna >>KLIK<< sama malowała, a życiorysy wielkich malarzy miała w pałym palcu. Obudzona w środku nocy mogła dokładnie opowiedzieć kto, co, gdzie i kiedy malował oraz co mu z tego wyszło. Po Jej śmierci dostałam w spadku część książek i – korzystając z pretekstu projektowo-blogowego – zamierzam się doszkolić i kontynuować tradycję rodzinną. IMG_2192
Ponieważ we wrześniu czytaliśmy „tajemniczy ogród”, to do głowy przyszły mi ogrody Claude’a Moneta. Wyciągnęłam wszystkie stosowne książki, zasiadłam na fotelu do czytania, a dzieciom podsunęłam farby. Tak spędziliśmy kilka przemiłych wieczorów. 

Tu dwa słowa o książkach i – znowu – o edukacji domowej: ponieważ od dawna zdaję sobie sprawie, że DemOlka ma w sobie jakąś wrażliwość na szczegóły, kolory i faktury, której ja jestem pozbawiona, staram się zbierać różne książki i albumy o sztuce. Mam wrażenie, że kiedyś może Jej się to przydać. Mam też pełną świadomość tego, że wielu rzeczy nie będę Jej w stanie przekazać, bo po prostu ich nie zauważam. Nie znam się na tym, nie czuję tego.
Wiele osób pyta mnie „jak chcesz Ją nauczyć matematyki, fizyki, chemii?!” i chyba nie do końca są w stanie zaakceptować moją odpowiedź, że ja Jej tego nie nauczę. 😉 No, bo nie nauczę. O ile z chemią mogę się zmierzyć, o tyle matematyka i fizyka są dla mnie czarną magią i już wiele lat temu usłyszałam od TaTolka, żebym nie próbowała nic tłumaczyć dzieciom, bo bardzo słychać, że sama tego nie rozumiem, działam mechanicznie i tylko im namieszam w głowach.
W moim pojęciu edukacja domowa nie polega na zajęciu miejsca nauczycieli, ślęczeniu nad książkami i tłumaczeniu dzieciom wszystkiego. Moja rola to towarzyszenie DemOlce w Jej odkrywaniu świata, podsuwanie różnych źródeł i sposobów docierania do wiedzy, oraz – na razie – dowożenie Jej tam, gdzie sama nie dotrze, tj. pokazywanie jak sama może znaleźć to, czego szuka.
I o ile do fizyki mamy jeszcze trochę czasu, o tyle bycie bliżej sztuki dotyczy nas tu i teraz i tak samo brakuje mi wiedzy i umiejętności, żeby zostać na tym polu Jej wszystko wiedzącym nauczycielem. Dlatego wspieramy się książkami, filmami, internetem i (jak tylko zdrowie Oli pozwala), wyjściami w różne ciekawe miejsca. Moją myślą przewodnią jest filmowe „ja tu tylko sprzątam”, a to Olka jest sobie sama sterem i żeglarzem.

IMG_2193

A tak to wygląda w praktyce:

Oni słuchali, ja czytałam. Oni malowali, ja podglądałam z radością i zachwytem.
To takie „nasze”, intymne momenty, które uwielbiam i staram się zapamiętywać do końca życia. Mam świadomość, że Tolkowi zaraz odechce się wspólnego malowania, a na to miejsce przyjdą Jego spotkania z rówieśnikami. Tym bardziej doceniam każdą wspólną chwilę i nie zakłócam jej żadnymi zdjęciami. To ma zostać tylko we wspomnieniach.

Przy okazji – za całego serca polecam książę „Historia sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem” Ewy Jałochowskiej. Ta książka jest genialna!

Ostatnio czytałam w zupełnie innej książce taką historię:

„kiedy byłem na studiach, mój promotor Peter Hacker, wielbiciel i znawca Rembandta, zaproponował mi kiedyś, że oprowadzi mnie po wystawie tego artysty. Przyjechałem do galerii wcześniej i spędziłem dwadzieścia minut w samotności, podziwiając autoportret malarza. Nijak nie mogłem pojąć, skąd tyle hałasu o to dzieło. Kiedy przyjechał Peter, zapytał mnie co sądzę, a ja powiedziałem, że obraz wydaje mi się dziwnie rozmazany. Peter uśmiechnął się i oddalił od niego, wpatrując uważnie w podłogę. Wskazał maleńką plamkę na niej, a potem poprosił mnie, abym stanął dokładnie w tym miejscu i jeszcze raz popatrzył na obraz. To było niesamowite. Obraz nagle nabrał ostrości. W jednej chwili ujrzałem i w pełni poczułem moc geniuszu Rembrandta.

Bardzo chciałem móc zrozumieć, dlaczego ten autoportret był uznany za olśniewające osiągnięcie artystyczne. Czytałem o jego historii. Wiedziałem kiedy i gdzie go Rembrandt namalował. Ale jednak mógłbym przychodzić codziennie przez wiele lat, aby analizować dzieło, i nigdy nie odkryłbym jego sekretu. Zawsze stałbym w niewłaściwym miejscu”*

Być może, wytrawny koneser sztuki obruszy się w tym momencie, że przecież nie ma jedynego słusznego miejsca/sposobu odbioru i rozumienia sztuki, ale dla laika, jakim ja jestem, to wskazanie odpowiedniej perspektywy jest niezwykle cenną wskazówką.  „Historia sztuki…” Ewy Jałochowskiej jest dla mnie takim właśnie przewodnikiem do prowadzenia poszukiwań razem z dziećmi i – jak się okazało – trafia na niezwykle podatny grunt w głowie Olki.

Otóż, przeczytaliśmy w niej (w książce, nie w Olce), m.in. , że za początek kształtowania się impresjonizmu przyjmuje się obraz Édouarda Maneta z roku 1863 „Śniadanie na trawie”, które „wywołało skandal nieobyczajną nagością kobiety siedzącej pośród ubranych mężczyzn w trakcie pikniku. Zobaczywszy płótno, Monet poczuł, że musi namalować podobne, które stanie się symbolem malarstwa plenerowego”**. Tekstowi towarzyszyło zdjęcie tego drugiego obrazu. Przeczytaliśmy, nie zatrzymaliśmy się nad tym ani na chwilę i „poszliśmy dalej” w naszych pracach.
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy dwie godziny później DemOlka, która w trakcie kolacji przeglądała kolejno wszystkie nasze książki o malarstwie, wydała nagle dziki okrzyk radości i oświadczyła, że znalazła ten pierwszy obraz, którym Manet zszokował publiczność. Podchodziliśmy do Niej z wyrozumiałymi uśmiechami, bo cóż może znaleźć sześciolatka, która nie umie przeczytać nawet podpisu…
Tymczasem DemOlka po raz kolejny dała nam prztyczka w nos i pokazała, że widzi więcej.
IMG_2194
Szczerze: nie wiem jak Ona wpadła na to, że właśnie o ten obraz chodziło (zaznaczam, że książka, którą oglądała to „Dlaczego sztuka pełna jest golasów” i nie było tam żadnej podpowiedzi co do stylu, epoki czy narodowości twórcy). Ja nie wierzyłam, dopóki nie przeczytałam.  Dla Niej nie było cienia wątpliwości. Ot, cała DemOlka – niezbadane są ścieżki, którymi biegną Jej myśli i skojarzenia.

U Ewy Jałochowskiej przeczytaliśmy też, że Monet stworzył impresjonizm jako wyraz buntu przeciw narzucanym zasadom malowania – „był przeciwny wszelkim teoriom i uważał, że malarstwo ponikać ze zmysłu obserwacji, a nie z teorii”. Tyle, że nieco przegiął w swych zapędach porzucania obowiązujących norm i niepostrzeżenie sam stał się tyranem impresjonizmu, w którym wolno było malować tylko w jeden, określony sposób

„Ponieważ inni artyści zaczęli traktować impresjonizm mniej rygorystycznie niż on, Monet nie chciał być z nimi łączony i odmówił wspólnego wystawiania prac. Dla wszystkich poza nim samym styl Moneta stał się ograniczeniem, a przecież żadnych ograniczeń nie chcieli”… ***

To dość dobrze trafiło do dzieci dzięki temu króciuteńkiemu filmikowi:

Innym razem DemOlka zachwyciła się faktem, że malarze ucierali sobie sami farby i na pewno czeka nas osobne zajęcie w postaci tworzenia naturalnych barwników.

Jeszcze innego dnia przypomniało Jej się, że impresjoniści „wyszli w plener” i starali się uchwycić drgnienia kolorów, zależne od światła. Nie było wyjścia – musiałyśmy wyciągnąć ogromne tektury do ogrodu i sprawdzić jak to jest być impresjonistą (zaczął padać deszcz, który przekonał nas, że to znacznie trudniejsze, niż się wydaje).

A
I kiedy myślałam, że pomysł zabawy à la Monet powoli wygasają, DemOlka znowu pokazała co potrafi i zaczęła tworzyć tajemniczy ogród >>KLIK<<, o którym wstępnie pisałam wczoraj. Tyle, że ten ogród okazał się być znacznie pełniejszy tajemnic, niż mogłoby się wydawać! Otóż, Ola tworząc go, miała głowę pełną obrazów Moneta i poukrywała różne sekrety…

Mimo tego, że przecież widziałam, że zerka na książki i kombinuje tak, że aż Jej głowa parowała, zupełnie nie załapałam co robi. Co śmieszne – dopiero kiedy szykowałam zdjęcia do tego wpisu odkryłam, jaka byłam ślepa – ona mi to dosłownie pokazywała palcem, a ja – skupiona na ostrości zdjęcia – zupełnie nie zauważyłam CO mi pokazuje. I tak w naszym tajemniczym ogrodzie…
A
…stanął mostek Moneta…

A
…pojawiły się stogi siana…

A
… wyrosły drzewa…

A
i nastał zachód słońca…

A
I z przykrością muszę przyznać, że ja bym tego nie wymyśliła.
Dlatego właśnie w edukacji domowej jestem DemOlki cieniem i „ja tu tylko sprzątam”. :)

IMG_0097

 

A na koniec jeszcze jedna animacja, dla najmłodszych:

* „Sel-Reg. Jak pomóc dziecku (i sobie) nie dać się stresowi i żyć pełnią możliwości”, dr Stuart Shenker oraz Teresa Barker, wyd. Mamania, Warszawa 2016

** „Historia sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem”, Ewa Jałochowska, wyd. Bukowy las, 2012, str. 444
*** „Historia sztuki dla dzieci i rodziców. Rozmowy z Kajtkiem”, Ewa Jałochowska, wyd. Bukowy las, 2012, str. 446/447

 

Post powstał w ramach projektów Bliżej Sztuki oraz Czarowanie przez czytanie
bliżej sztuki logoIMG_2126

 

2 Comments on Claude Monet – projekt „bliżej sztuki”

  1. Świetny post! Bardzo mi imponuje Twoje podejście do edukacji domowej:) Pozdrawiam.

  2. Bardzo dziękuję, ale dużo tego podejścia to po prostu nie przeszkadzanie DemOlce :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie pojawi się na stronie.

*