10 prostych zasad, które ułatwiają współżycie szpitalne

Z racji naszych doświadczeń życiowych, dziś drugi ( z trzech) post o życiu szpitalnym. Nie ma co ukrywać, że – jeśli tylko nie ma się naprawdę ciężko chorego dziecka lub dzikiego farta – to na ogół ląduje się we wspólnym pokoju z najprzeróżniejszymi ludźmi. Pół biedy, jeśli trafiamy na kogoś fajnego – to pogadania, wspomożenia się słowem i czynem (typu wymiana przy doglądaniu dzieci i wychodzeniu po najpilniejsze zakupy, albo nawet krótki spacer). Gorzej jeśli jest to ktoś z kompletnie innej bajki. Jeden z gorzej wspominanych przeze mnie przypadków to rodzina nałogowych palaczy, która raz na 15 minut wyskakiwała przed szpital “na dymka”. Zapach, który roztaczał się w sali (na oddziale pulmonologicznym) był nie opisania, a oni naprawdę nie mieli pojęcia dlaczego lekarze starają się ich przywołać do porządku. 

Niezależnie od tego na kogo trafimy, fajnie jest przestrzegać kilka podstawowych zasad, które spowodują, że wspólny czas będzie łatwiejszy dla wszystkich. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych poniższe propozycje są oczywiste. Ale jeśli choć jedna osoba się zastanowi i zastosuje choć jedną poradę – to znaczy, że warto było pisać. 

1. Mówmy sobie “dzień dobry” i “dziękuję” – niby nic, ale robi ogromną różnicę. Pamiętajmy, że poza współlokatorami warto przywitać się z pielęgniarkami i salowymi. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn przy każdym kolejnym pobycie szpitalnym obserwuję, że dla części kuracjuszy ekipy sprzątające i karmiące są niewidzialne. A i pielęgniarce robi się znacznie przyjemniej, kiedy za wykonaną pracę słyszy zwykłe “dziękuję”. A na dodatek zupełnie przypadkiem, może okazać się, że “zaprzyjaźniony” personel zaczyna się jeszcze bardziej starać w trakcie pobytu w naszym pokoju. 99% salowych i “pan kuchenkowych” to przemiłe kobiety, które po wymianie dosłownie dwóch zdań, są gotowe nam nieba przychylić. Dzięki zwykłym rozmowom w ciągu ostatniego tygodnia zwiększył nam się przydział sałaty na śniadanie, oraz dostałyśmy wielką butlę płynu dezynfekującego. Mała rzecz, a cieszy. 

2. Nie rozmawiajmy przez telefon w pokoju, a już szczególnie – nie róbmy tego w porze, kiedy jakiekolwiek dziecko próbuje zasnąć lub odpoczywa w łóżku; oraz wyciszajmy telefony na noc. Pewnego pięknego, zimowego tygodnia, miałyśmy wątpliwą przyjemność wylądowania w pokoju z pewną Panią, do której codziennie o 23:00 i o 6:00 dzwonił mąż; na króciutkie pogawędki – po kilka słów. Pani co noc przełączała telefon na wibrację. Każdego ranka troje pozostałych dzieci zrywało się od tego dźwięku (Jej syn spał) i ostatecznie rozbudzało się od kilku słów wymienionych półgłosem. Co wieczór troje nieprzytomnych dzieci wybudzało się, kiedy pani życzyła mężowi dobrej nocy. Rozumiem, że różni ludzie mają różne godziny pracy, ale szpital to szpital, a oddział dziecięcy ma przede wszystkim pomóc dzieciom. Dajmy im się wyspać. I nie zmuszajmy pozostałych rodziców do wysłuchiwania naszych rozmów z ciocią/babią/wujenką/stryjkiem o tym jak się czuje nasze dziecko. A jeśli planujemy gorącą wymianę SMSów z pułkiem wojska, to też – z szacunku dla współlokatorów – fajnie jest chociaż przyciszyć dźwięk.

3. Sprzątajmy po sobie i po swoich dzieciach: w pokoju, w wc, pod prysznicem i w kuchni. Zostawmy pomieszczenia takie, jakie chcielibyśmy zastać. Nikomu korona z głowy nie spadnie, jeśli raz wytrze po kimś innym podłogę w zalanej łazience bo wiadomo, że różne przypadki chodzą po ludziach (typu dziecko, które już, natychmiast, nieodwołalnie musi biec do toalety i które nie pozostawia czasu na mycie podłogi). Ale wchodzenie każdego dnia na potop łazienkowy, lepkość kuchenną i śmiecie pokojowe jest po prostu męczące. I budzi obrzydzenie. Przez wzgląd na Czytelników tu nie będę przytaczać przykładów z życia wziętych z czym się spotkałyśmy. 

4. Jeśli nawet w szpitalu nie na formalnego zakazu jedzenia oraz przetrzymywania jedzenia w pokojach, to jednak starajmy się unikać chomikowania nadjedzonych obiadów, nadgryzionych kanapek oraz pootwieranych jogurcików, soczków i serków. Po pierwsze w cieple bakterie szpitalne wykorzystują każdą okazję, po drugie jest to mało estetyczne, po trzecie (zwłaszcza upalnym latem) zapachy pokojowe szybko zmieniają się od jajka na twardo i kiełbaski, leżących na talerzu na parapecie, czekających na spożycie. A po czwarte soczki, herbatki i kompociki mają niezwykłą zdolność rozlewania się w pełnym pokoju harcujących dzieci. Sprawdzone wielokrotnie. 

5. Jeśli w szpitalu jest wydzielone pomieszczenie socjalne, służące do spożywania posiłków, to przede wszystkim pamiętajmy, że służy ono do jedzenia, a nie np. do układania puzzli (“ojej, chcieli państwo zjeść?! teraz?! bo tu takie wygodne stoły…”). Jeśli gotujemy wodę w czajniku i zużywamy ją do końca, to wychodząc nastawmy czajnik (elektryczny, z palnikami tej opcji nie polecamy) od nowa – a nuż komuś to pomoże? Jeśli kończymy szykować jedzenie, to wytrzyjmy po sobie blat, a brudne sztućce odłóżmy w miejsce do tego przeznaczone. A nasza najbardziej prywatna rada, to omijanie szerokim łukiem szpitalnych zmywaków. Wielokrotnie widziałam Mamy z zapałem szorujące widelec, zupełnie nie pomne faktu, że to jest jeden i ten sam zmywak na wszystkie chore dzieci z oddziału oraz że czasy świetności rzeczony zmywak ma już dawno za sobą. 

Dokładnie cztery dni temu radziłam nieśmiało pewnej Mamie sprawdzenie stanu zmywaka, który miała w dłoni. Dzień później Pani (z uśmiechem) powiedziała mi, że nigdy więcej nie tknie szpitalnych akcesoriów zlewowych. Okazało się, że Jej syn całą noc spędził wymiotując. Oczywiście, przyczyn mogło być sto. Tylko po co kusić los? 

6. Jeśli trzymamy jedzenie w lodówce, to a) podpiszmy je (nie we wszystkich szpitalach jest to wymagane odgórnie) – niby drobnostka, ale dzięki temu łatwo można sprawdzić czy to, co powoli zaczyna samo wypełzać, zostało przez kogoś zapomniane przy wypisie, czy też może jest na sali jakiś amator staroci i absolutnie nie życzy sobie usunięcia swojego posiłku; b) spróbujmy powstrzymać się przez czas hospitalizacji od konsumowania ukochanych serków pleśniowych czy kiełbas czosnkowych – zapach wspólnej lodówki bywa śmiercionośny, c) nie wsadzajmy do lodówki otwartych jogurtów czy talerzy z niedojedzoną kanapką – ani to higieniczne, ani estetyczne.
Wolnoć Tomku w swoim domku; ale nie w szpitalu. 

7. Jeśli w kuchni mamy możliwość korzystania z mikrofalówki, to wytrzyjmy ją po każdym użyciu. To trwa moment, a dzięki temu kolejny użytkownik nie natknie się np. na fragmenty sera z odgrzewanej wcześniej pizzy w świeżo przygotowanej kaszce dla swojego dziecka (i nie dyskutuję tu czy kaszka z mikrofalówki to najlepszy pomysł). 

8. Jeśli trafi nam się szpital ze świetlicą, to pamiętajmy, że – odwrotnie niż jadalnia – jest to miejsce do zabawy, a nie do jedzenia. Tłumaczenie, że nasze dziecko jest przyzwyczajone do podsuwania Mu łyżeczką kaszki w trakcie budowania wieży z klocków, albo że to opiekun jest okropnie głodny, a tylko tu ma chwilę wytchnienia, jest trochę nie na miejscu. Oddziały są różne i nie wszystkim dzieciom a) wolno wszystko jeść (z różnych względów), b) wolno w ogóle jeść (mogą na przykład akurat czekać na narkozę), c) w przypadkach skrajnych – wolno przebywać w pomieszczeniu, w którym jest jedzenie (choćby z powodu silnej alergii). Z doświadczenia wiem, że jest potwornie trudno wściekle głodnemu kilkulatkowi wytłumaczyć, że “ten pan zaraz zje bułeczkę, bo akurat jest bardzo głodny” lub, “ta dziewczynka je tylko przy zabawie i musimy chwilkę poczekać”. Poza tym mieszanie zabawek i jedzenia (zwłaszcza u małych dzieci) kończy się różnie, a zalane puzzle czy klejące się klocki to nie jest to, co wszystkie małe misie lubią najbardziej. Argument, że “tu i tak jest brudno” mnie niezmiennie zadziwia. Bo cóż to znaczy? Jest brudno, to zabrudźmy do końca? Czy jest brudno, więc nie musimy o to dbać? 

9. Nie odwiedzajmy dzieci, kiedy sami jesteśmy chorzy. Nie zapraszajmy chorych w odwiedziny. Nawet, jeśli nie boimy się o własne dziecko, to pomyślmy o innych. Kiedyś przeczytałam apel pewnej mamy, której córka choruje na serce. Poza tym jest dziewczynka zdrowa, ale żyje w pełnym odosobnieniu, bo każdy katar czy kaszel powoduje osłabienie serca i przybliża do Niej konieczność przeszczepu, a obcy ludzie nie są w stanie zrozumieć, że “tylko katar” stanowi dla Niej duże obciążenie. Jeden z najbardziej znienawidzonych przez mnie tekstów, kierowanych do mojego dziecka to “przecież wygląda na zdrową”. W szpitalu mamy do czynienia z nagromadzeniem różnych przypadków medycznych. Często po wyglądzie nie mamy szans ocenić jak bardzo dziecko jest chore i na ile ma obniżoną odporność. Pomyślmy o innych. To nie boli. A może komuś uratować zdrowie, a nawet – życie. 

10. Najpierw warto poprosić, a dopiero potem wymagać. Czasem kulturalne “poproszę” ma znacznie silniejszą moc sprawczą niż wywrzeszczane “należy mi się”. 

I starajmy się do siebie uśmiechać. Wiadomo, że diagnozy bywają różne, aktualny stan naszego dziecka czasem prędzej doprowadza do płaczu, niż radości i czasem się po prostu nie da. Ale chodzenie z miną jak chmura gradowa rzadko pomaga. I na ogół powoduje ogromny niepokój u naszych latorośli. To, niestety, też sprawdziłam na własnej skórze. 😉  

Małgorzata Wojnar

1 Komentarz

  1. To doskonałe!
    Brakuje mi tu jednego punktu: o wietrzeniu sali.
    Za każdym razem, gdy idziemy do szpitala, moja największa obawa jest o to, że współlokatorzy będą zabraniali otwierania okien. Dziękuję Niebu, że jak dotąd zawsze trafiam na wietrzących, a nasza sala (zdaniem pielęgniarek i salowych) jest zwykle jedyną porządnie wywietrzoną na całym oddziale. Bakterie i wirusy nie przepadają za tlenem 🙂 A jak jest duszno i za ciepło – nie da się spać. Ponieważ stosuję zasadę bycia miłym, co czasem sporo kosztuje, ale raczej nie umiałabym zawalczyć o swoje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*